Rajska? Egzotyczna? Odległa? Podróż po filmowej Tajlandii.

Wyobrażenie o Tajlandii, dalekim kraju Azji Południowo-Wschodniej, nie jest już tak odrealnione jak jeszcze dekadę temu. Zewsząd bowiem zalewa nas fala folderów turystycznych, opowieści znajomych czy zdjęć w social media. Tam, gdzie stopniowo przybywają tłumy, wcześniej dotarły ekipy filmowe, które wykreowały obraz magicznej Tajlandii i dzięki jej scenerii stworzyły niezapomniane obrazy.

Podróż do Tajlandii stanowi ekscytujące wyzwanie, ale trzeba przyznać, że jej wizerunek z turystycznego punktu widzenia jest co raz bardziej oswajany. Wraz z rosnącą europeizacją najpopularniejszego azjatyckiego kierunku i zmieniającego się tam pejzażu, filmy kręcone w Tajlandii lub opowiadające o niej nabierają kultowego wymiaru. Upamiętniają świat, którego już nie ma lub formują fantasmagoryczne wrażenie kraju pełnego skrajnych doznań.  Lecąc do Tajlandii można się mocno rozczarować lub… przekonać o prestidigitatorskim wymiarze kina.

Bangkok

Bangkok dzieli podróżników na takich, którzy go uwielbiają i tych, którzy go nienawidzą. Brud, hałas, tłumy, korki, mieszające się zapachy, głośne życie nocne, drapacze chmur, szemrane zaułki – to wszystko sprawia, że miasto fascynuje, odstręcza, męczy i inspiruje. Dlatego niejednokrotnie stało się ono tłem dla wielu obrazów filmowych, których to twórcy wykorzystali mroczny potencjał Bangkoku.

W pamięci mam dwie dość przeciętne produkcje. Pierwsza, z 2008 roku w reżyserii braci Pang Ostatnie zlecenie (angielski tytuł: Bangkok Dangerous), w którym stolica staje się miejscem wykonania przez płatnego mordercę (Nicolas Cage) kilku zleceń. Zobaczymy w nim przede wszystkim stereotypowy Bangkok nocą, pełen dyskotek, ulicznych garkuchni, turystów i pięknych Tajek.

Miło, że twórcy – w kontraście do kryminalnego aspektu fabuły – wpletli w scenariusz całkiem romantyczną scenę wrzucania drobnych monet do kilkunastu misek. Rytuał ten uprawiany jest przez Tajów w prawie każdej świątyni.

Bardzo ciekawie na tle całego filmu wypada również scena zabójstwa w scenerii pływającego targu w Damnoen Saduak. Jest to najsłynniejszy tego typu targ w całej Tajlandii (z Bangkoku dojazd zajmuje około półtorej godziny). Film przedstawia pewne wyobrażenie o pływającym targu w ogóle. W kadrze zobaczymy wiosłujące kobiety w słomianych kapeluszach, które na długich łodziach sprzedają warzywa, owoce, przekąski i przysmaki. W rzeczywistości jednak łodzie służą do transportu turystów, a produkty na sprzedaż znajdują się w specjalnych pasażach. Nie są to warzywa czy owoce, lecz mnóstwo tandetnych pamiątek, mydełek, ubrań, obrazków i – na całe szczęście – tajskich przysmaków, których można skosztować na miejscu. Targowisko w Damnoen Saduak jest przede wszystkim turystyczną przystanią, dobrze prezentującą się na zdjęciach atrakcją, gdzie można przepłynąć się łajbą.

Nowszą propozycją z 2013 roku, jeszcze gorszą pod względem dramaturgicznym, jest Tylko Bóg wybacza w reżyserii Nicolasa Windinga Refna. W filmie, który w skrócie można uznać za próbę nadania kryminałowi krzty wyrafinowania, Julian (Ryan Gosling) błąkając się nocą po oświetlonych neonami ulicach Bangkoku, chce się zemścić za zabójstwo brata. Nie dość, że obraz nie odsłania wielowymiarowego oblicza miasta, mógłby wręcz zostać nakręcony w innej części globu (większość scen i tak dzieje się we wnętrzach), to jeszcze ulice Bangkoku emanują pozowaną melancholią.

Natomiast nocna panorama widziana ze szczytu wieżowca zaspokoi wymagania amatorów metropolii. W filmie znalazła się scena na tarasie, w czasie której matka Juliana rozmawia z jednym z pośredników. Za jej plecami roztacza się widok na Bangkok nocą. Tego typu widoki można podziwiać docierając do tzw. „sky baru” – doznania wzrokowe są niezapomniane. Z góry wyraźnie widać, że Bangkok jest potężnym miastem.

Niestety – tu zapewne zgodzą się ze mną amatorzy tajskiej stolicy – Bangkok nie doczekał się jeszcze udanej ekranizacji amerykańskiej czy europejskiej. Nie wspominając o komercyjnych filmach pod hasłem „spędźmy wieczór kawalerski w Bangkoku”, warto podkreślić, że stolica Tajlandii, obok porażającego smogu, emituje niespotykaną w Europie energię. Warto zwrócić uwagę na skrajności widoczne na każdym kroku: w społeczeństwie i statusie ekonomicznym, odzwierciedlane przez bogactwo architektury oraz kultury – zarówno tej wysokiej, jak i niskiej. W zatrważającym chaosie, który jest nieodłącznym elementem codzienności Tajów i który inspiruje do sensacyjnych opowieści, skrywają się metoda i sposób życia, mentalność, kultura, marzenia i ludzie. Czy doczekamy się kadru, który obejmie to wszystko, co tajskie, na raz?

Ayutthaya

Godzinę drogi od Bangkoku na północ znajduje się niewielkie miasto, lecz niezwykle interesujące. W Ayutthayi można zwiedzić kompleks kilkunastu świątyń oraz ruiny pałaców. Obszar objęty zabytkami jest wyjątkowo rozległy, do tego stopnia, że nie sposób poruszać się między poszczególnymi punktami pieszo. Natomiast mistyczny krajobraz zachwyca. Niespotykana poza Azją budowa świątyń sięgająca przeszło XIV wieku, piaskowo-brązowa kolorystyka, bogactwo posągów oraz wspomniana przed chwilą przestrzeń dają poczucie obecności w innym wymiarze. Nic zatem dziwnego, że to właśnie stara stolica Tajlandii (Ayutthaya była nią do XVIII wieku) stała się scenerią kilku scen kultowego filmu Mortal Combat 2:Unicestwienie (reż. John R. Leonetti, 1997).

Spektakularne efekty specjalne, a także fantastyczne plenery Ayutthayi nie poprawiły walorów artystycznych filmu o sztukach walki do takiego stopnia, aby film choć trochę stał się znośny dla współczesnego widza. Pozostanie on jedynie w sercach (i w pamięci) amatorów serii MK, którzy utożsamiają z nią swoje dzieciństwo i wyobrażenie o fantastycznym świecie. A jednak plenery drugiej części Mortal Kombat istnieją naprawdę i są dostępne dla zwiedzających. Są wśród podróżników znawcy tematu, którzy kojarzą Ayutthayę z filmem, natomiast wizerunek dawnej stolicy budowany jest na jej pięknie „samym w sobie” i bogatej historii zamkniętej w murach antycznych świątyń. Oczywiście, wokół każdej z nich rozwinięto turystyczne udogodnienia: gastronomiczne, transportowe czy rozrywkowe, ale ogromny teren, jaki zajmuje zabytkowa część miasta umożliwiają wyciszenie i wewnętrzną medytację.

Maya Bay i tsunami

Z terenów miejskich przenosimy się nad morskie wybrzeże. W wielkim kontraście do świątyń Ayutthayi, które choć pojawiły się w amerykańskim kinie, nie są aż tak oblegane przez ruch turystyczny, jest zatoka Maya Bay znajdująca się na wyspie Phi Phi Don. To właśnie ta plaża stała się scenerią dla filmu Niebiańska plaża (reż. Danny Boyle, 2000) i zarazem symbolem niedostępnego dla większości raju. Nic dziwnego – krystalicznie czysta, turkusowa woda, niewielka plaża z czystym, białym piaskiem otoczona olbrzymimi skałami oddzielającymi „zwykły” świat od „edenu” zachwyciły producentów filmu z Leonardo di Caprio w roli głównej. Zatokę Maya Bay wybrano na główny plener filmu, tytułową „niebiańską plażę” (choć tak naprawdę większość scen dzieje się poza jej obszarem) i szybko zyskała ona miano najpiękniejszego krajobrazu Tajlandii. Za sprawą filmu, któremu sprzyjały raczej pochlebne recenzje (m.in. brał udział w konkursie głównym Festiwalu Berlinale), Tajlandię zalała fala podróżników, jeszcze przed tsunami, które miało nadejść w 2004 roku. Dziś Maya Bay jest przeładowaną turystycznie atrakcją. Gdy ja tam byłam 25 grudnia 2017 roku przy brzegu znajdowało się ok. 50 łódek, a na samej plaży ok. 1000 osób.

Obsługę transportu wodnego podporządkowano pod potrzeby (wymogi!) turystów, którzy tak jak filmowi bohaterowie chcą zobaczyć raj. Niezliczona ilość firm codziennie proponuje dopłynięcie do kultowej plaży Maya Bay, ale zaledwie kilka z nich ma w swojej ofercie zapewnienie dostępu do zatoki bez tłumów. Zejście na niebiańską plażę we względnej samotności kosztuje i to krocie, nawet w tak słabej walucie jaką jest tajski baht.

Film Danny’ego Boyla jest wręcz makabrycznym przykładem promocji regionu poprzez film, cieniem kasowego sukcesu. Przeciążenie ruchu turystycznego w obrębie wyspy spowodowało wymarcie ekosystemu wodnego i ostatecznie (w maju 2018 roku) zmusiło władze prowincji do zamknięcia na kilka miesięcy dostępu do plaży. Cytując klasyków – rewolucja pożera własne dzieci:

a) produkcja wpływa pozytywnie na wizerunek danej lokalizacji ->

b) zwiększa się ruch turystyczny w tym regionie ->

c) zwiększa się do tego stopnia, że wymiera element przyrody, współtworzący obraz miejsca, dla którego powstał scenariusz.

Z odkrytego tam przed laty raju pozostał już tylko… film.

Natura nie zawsze jednak dostarcza błogiego relaksu. Przekonali się o tym turyści, którzy w grudniu 2004 roku musieli zmierzyć się z tsunami. Ogromna fala przypłynęła do czternastu krajów basenu Oceanu Indyjskiego, w tym Tajlandii. Kataklizm stał się tematem newsów, reportaży i filmów dokumentalnych na całym świecie, a w końcu kanwą filmu katastroficznego pt. Niemożliwe (reż. J.A. Byona, 2012). Sceny zrealizowano głównie w Hiszpanii i USA, jako że projekt miał charakter hiszpańsko-amerykańskiej koprodukcji. W Tajlandii nakręcono niewielką część filmu, głównie przyjazd rodziny do tajskiego resortu. Twórców superprodukcji należy pochwalić za dopracowane efekty specjalne oraz wzruszające sceny. Ostatecznie przecież, pomijając komercyjny charakter przedsięwzięcia, stanowi ono dowód pamięci o tej tragedii, o zmarłych i ocalonych.

Do Tajlandii pojechałam równo 13 lat po tsunami, na Święta Bożego Narodzenia, tak jak świadkowie oraz filmowi bohaterowie, które spędziłam w prowincji Krabi. Na co dzień nieodczuwalny lęk i ból z tym związany stał się po prostu wyraźną blizną – dostrzegalną i obecną w tajskim krajobrazie w postaci słupów i tablic ostrzegawczych – współczesny przykład pomnika postawionego w duchu memento mori.

Na sąsiednich wyspach w głębi lasu wciąż leżą połamane drzewa i wywrócone łodzie. Sam kataklizm (może z wyjątkiem pierwszych dwóch lat) nie wpłynął na obniżenie ruchu turystycznego w Tajlandii. Przeciwnie, turystyka wciąż jest jedną z najważniejszych gałęzi tajskiej gospodarki, a zrealizowane filmy tylko pomagają w utrzymaniu tej tendencji.

Most na rzece Kwai

Cofamy się nie tylko do północnych części kraju, ale również do roku 1957, w którym na ekrany kin wszedł amerykański film w reżyserii Davida Leana Most na rzece Kwai, będący z kolei ekranizacją książki Pierre’a Boulle’a o tym samym tytule. Most, o którym mowa, to efekt morderczej pracy alianckich i azjatyckich jeńców, którzy w czasie drugiej wojny światowej budowali trasę „kolei śmierci” w kierunku Indii. Na tajlandzko-birmańskiej trasie powstało setki takich wiaduktów i estakad i choć akcja książki dzieje się w Birmie, a zdjęcia do filmu – paradoksalnie – w całości zrealizowano na Sri Lance – ale to właśnie do miasta Kanchanaburi przybywają rzesze turystów, by zobaczyć słynny i jednocześnie okupiony krwią kilku tysięcy żołnierzy żelazny most.

Co więcej, w Kanchanaburi znajduje się kilka innych obiektów związanych z obozem jenieckim, który się tu mieścił. Na równoległej ulicy można dotrzeć do Muzeum JEATH opowiadającym o warunkach, w jakich jeńcy żyli i pracowali. W centrum miasta znajduje się wojenny cmentarz, na którym pochowano ofiary wojny i pracy przy moście.

Trzeba przyznać, że most na rzece Kwai wywołuje skrajne uczucia. Charakterystyczna konstrukcja z brunatnego żeliwa, wiele przeplatających się przęseł sprawia wrażenie raczej szkieletu, nigdy niedokończonej budowli niż gotowego wiaduktu, co podsyca makabryczny nastrój tego miejsca. Z drugiej jednak strony, fakt, że przez most codziennie przejeżdża lokalna kolejka wypełniona pasażerami, a wokół znajdują się stragany z pamiątkami odczarowuje cały (zły) urok. I znów, gdzieś po środku, to właśnie film Davida Leana, który zyskał już miano kultowego, uświadamia, że most nie jest (tylko) atrakcją turystyczną, lecz także pomnikiem niosącym pamięć o okrutnych czasach okupacji japońskiej.

Do widzenia, do jutra…

Tajlandia zachwyca. A na pewno uwodzi – bogactwem barw, różnorodnością pejzażu, odmiennością architektury, kuchnią, mentalnością Tajów. Nic dziwnego, że tak pięknie prezentuje się na żywo, na zdjęciach – i w końcu – na wielkim ekranie. Dodatkowo, przemysł filmowy wspierany jest przez krajową gospodarkę – w Tajlandii obowiązują bardzo liberalny system ekonomiczny, niskie podatki i ulgi, a także działa Tajlandzkie Biuro Filmowe (podlegające pod gałąź turystyki), które pomaga w uzyskaniu pozwoleń, tłumaczeniach oraz logistyce. I pomimo wielu barier, takich jak język, odległość, konieczność korupcji, różnice kulturowe – twórcy potrafią stworzyć równie zachwycające czy przynajmniej zapadające w pamięci obrazy.

Żegnam Tajlandię tytułem polskiego filmu Janusza Morgensterna. Wylatując do Polski, chciałam od razu wrócić do Bangkoku, niemalże następnego dnia. Podróż jednak jest dokuczliwa, a szybki powrót w ukochane miejsce nie zawsze możliwy. Po intensywnej podróży pozostają wspomnienia (jakie piękne!), zdjęcia (chociaż kilka nie wyszło) i na szczęście – filmy, które można obejrzeć w domowym zaciszu, odpoczywając na równie ukochanej kanapie.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Podróże filmowe i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *