Festiwal Filmów Kultowych w Gdańsku, 9-17 czerwca 2017 – popkulturowy rytuał

Gdy w lutym przeczytałam informację o przeniesieniu Festiwalu Filmów Kultowych z Katowic do Gdańska, pomyślałam, że takie rzeczy przecież się zdarzają. Festiwale przeprowadzają się do innych kin, sąsiednich miast, zmieniają dyrektorów, daty. Ale decyzja, by przenieść go o 500 kilometrów dalej i powołać nowego dyrektora – na raz – to ryzykowana zagrywka. Cóż, do odważnych świat należy.

Na FFK byłam po raz pierwszy, cieszyłam się więc, że będę uczestniczyć w jubileuszowej, 20-stej edycji festiwalu, ale tej pierwszej w Gdańsku. Jako Łodziankę moją uwagę od razu przyciągnęła Ulica Elektryków – serce festiwalu. Postindustrialne miejsce w otoczeniu stoczniowych żurawi, gdzie, na przemian, słychać skrzek mew, odgłosy metalowych rusztowań i gwarny śmiech festiwalowiczów. Biorę głęboki oddech – porządna dawka jodu przyjemnie uderza w nozdrza – i biegnę na projekcje.

FFK - plakat

Kino – seans – rytuał

Rezygnacja z kina studyjnego na rzecz seansów w dawnych wnętrzach stoczni była bardzo trafionym pomysłem organizatorów festiwalu. Pokazy odbywały się w starych halach B64, B90, W4, w Europejskim Centrum Solidarności, które znajduje się bardzo blisko stoczni, oraz na świeżym powietrzu na Ulicy Elektryków czy na złomowisku. Czerwcowe wieczory, choć jeszcze chłodne, przyjemnie pozwalają oddać się klimatowi filmu. Te festiwalowe noce uświadomiły mi, że po raz pierwszy przyjechałam tak daleką drogę nie na film, ale właśnie do kina. Jeśli rytuał uznamy za pewną praktykę opartą na konwenansach, mającą na celu dążenie do kolektywnego, duchowego doświadczenia, to Festiwal Filmów Kultowych traktuje sztukę filmową właśnie jako zaproszenie do wspólnego przeżycia seansu. Kinomaniacy, kolekcjonerzy czy filmoznawcy bardzo dobrze znają pozycje z repertuaru serwowanego przez programerów FFK. Rozkoszowanie się wybrykami X Muzy w luźnej atmosferze, wypełnionej błyskawiczną i szczerą reakcją widowni, sprawia, że uczestnik szybko przywiązuje się do klimatu imprezy. Współczesne kino ma wiele odmian – nie ma tej jednej, najwłaściwszej, to nie polityka. Filmy komercyjne mają solidny fundament teoretyczny, tak samo jak kino arthouse’owe, a jako miłośnicy kinematografii zgadzamy się z tym, choć często polemizujemy. Seans przeżyty w ciszy i w skupieniu ma podobne właściwości rytualne, jak ten, podczas którego słychać błyskotliwe komentarze, wiwaty czy śmiech publiczności. Po jednym wychodzimy z poczuciem katharsis czy namacalności sacrum, po drugim – pełni rozluźnienia i pozytywnej energii. Natomiast podczas klasycznego „seansu w kinie” zachodzi odarcie z indywidualności jego uczestników (gdy idziemy do kina, wszyscy stajemy się po prostu widzami, tłumem oglądającym ten sam film wedle obowiązujących konwenansów). Odnoszę wrażenie, że w czasie Festiwalu Filmów Kultowych następuje re-personifikacja jego uczestników, poprzez odejście od pewnych ogólnie przyjętych zasad, bez zatracenia głównego celu – bezpośredniej konfrontacji widza z filmem. Ważne są komunikacja, poczucie nawiązania wspólnoty, wymiana energii, jakkolwiek metafizycznie to brzmi. Tak ma być!

Hala B90, Stoczniuj Leżakuj Dokuj

Hala B90, Stoczniuj Leżakuj Dokuj

Nieskończoność kontekstów filmowych

Wyrażam podziw dla programerów festiwalu, ponieważ – umówmy się – tych naprawdę kultowych pozycji nie powstało aż tak znowu wiele. Mogę się tylko domyślać, ile z nich już pokazano na poprzednich dziewiętnastu edycjach. A jednak – festiwal zaskoczył mnie odkryciami i cieszył się sporą frekwencją, nawet podczas projekcji filmów bardzo popularnych. Jest to też zasługą włączenia do programu produkcji kinowych „klasy B”. W cyklu Gatunkowe Inspiracje znalazły się takie pozycje, jak Różowe Flamingi czy Drive. Obok starszych produkcji zaprezentowano również kilka nowszych: Montażystę, Oślizgłego Dusiciela czy Duke of Burgundy. Cykl Nastolatki wypełniły takie tytuły, jak kultowa Carrie, Lody na patyku czy W zakolu rzeki. W Najgorszych Filmach Świata (same tytuły mówią za siebie): Mózg, który nie może umrzeć, Niezwykły dwugłowy przeszczep, Blacula. Szczerze mówiąc byłam przekonana, że The room również należy do tego cyklu, ale nie – był niezależnym seansem i pozostanie to dla mnie programową zagwozdką.

Szczególnie interesująco wypadł cykl Miasto Nocą, a w nim (ponownie) Drive, The Warriors, Terminator, bardzo dobry He walked by night w reż. Alfreda L. Werkera z 1948 roku i inne. Miasta – tylko dla mnie – są źródłem wielu inspiracji, ciekawych ludzi, dynamicznej przemiany materii. Uchwycone w kadrze nabierają legendarnego wręcz wymiaru, odkrywają nieznane zakamarki, ich fragmenty mogą zmienić cały wizerunek. Cykl odsłonił przed widzami ciekawe, mniej znane filmy, które podkreśliły niekończącą się możliwość eksploatacji motywu-miasta.

Właśnie dzięki takim zabiegom filmy, stare i kultowe, żyją w reinterpretacjach, w wyszukanych zestawieniach, są odkrywane na nowo, od zupełnie innej strony. Te programowe zabiegi filmowym erudytom poszerzają horyzonty, amatorom zaś – dają szansę na (legalne) sięganie do źródeł.

Kultowe filmy, legendarni goście

The last but not least – chciałoby się napisać. Pod koniec festiwalu, ku uciesze uczestników, pojawiła się na Facebooku informacja o dodatkowym seansie z udziałem gościa – lektora, Tomasza Knapika. Po udanej projekcji Samurai Cop, tym razem legendarny głos mogliśmy usłyszeć w czasie projekcji The room. Podczas filmu, to właśnie Knapik czytał na żywo listę dialogową. Knapika, choć nie każdy kojarzy z nazwiska czy z wyglądu, należy uznać za jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów polskiej telewizji. Usłyszeć na żywo – to prawdziwa uczta! Film cieszy się niezwykle złą famą i rozpoznawalny lektor jeszcze bardziej podkreśla fatalny popis reżyserski Tommy’ego Wiseau. Efekt? Śmiech do rozpuku, ból przepony i oklaski na stojąco – dla Knapika i organizatorów. Dla mnie – jeden z najlepszych pokazów filmowych w ogóle na jakim byłam, a film przecież najgorszy z możliwych!

The room był ostatnim seansem zamykającym całodniowy program festiwalu. Świetnym pomysłem było wyczytanie nazwisk organizatorów, programerów, techników, pomocników FFK przez Tomasza Knapika – to oni, tak jak artyści w filmie, są sprawcami naszych wrażeń i emocji w czasie festiwalu. To wszystko przez nich – cały ten ukochany, festiwalowy zgiełk! A potem – powrót do domu. Ot, zderzenie z profanum.

***

Choć droga do Gdańska daleka z południa czy nawet z centrum Polski, na Festiwal Filmów Kultowych chce się wracać – po prostu, na dobry seans. Można zapomnieć, że przepłaciło się za bilet, na jaki film się idzie, ba – nazwisko reżysera czy sam tytuł filmu, ale wierzcie mi – takich przeżyć i emocji się nie zapomina. I, niestety, nie zawsze można je powtórzyć. Jedzcie na FFK za rok i sami sprawdźcie, czy mam rację.

Ps. O tym, jak i dlaczego FFK przeniosło się do Gdańska przeczytacie tu:
PISF – FFK przenosi się do Gdańska
GW – FFK przenosi się do Gdańska

Ten wpis został opublikowany w kategorii Festiwale polskie i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *