Festiwal Filmowy Pięć Smaków, Warszawa, 2015

Festiwal Filmowy 5 smaków, czyli smaczny powiew z Dalekiego Wchodu

Prawda jest taka, że Warszawę znam już dobrze, a kina azjatyckiego nie znam wcale. Będąc dwa dni w stolicy można poznać miasto, ale czy w tym samym czasie jest możliwe, by chociaż zasmakować pierwszymi kęsami kinematografię dalekiego wschodu?

Kinoteka

W Muranowie po raz pierwszy

Przede wszystkim, niezależnie od tego czy na kinie Azji się znamy, czy nie, na tę imprezę zajrzeć warto. Ku mojemu zdziwieniu, karnety festiwalowe wykupiono jeszcze przed planowaną datą końca ich sprzedaży. Pomyślałam wtedy: „To musi być dobre kino, skoro wejściówki rozchodzą się niczym świeże… sajgonki”. Nie myliłam się.
Dlatego na dzień rozpoczęcia internetowej sprzedaży biletów ustawiłam sobie przypomnienie w telefonie: „5 smaków – bilety!!!”.

W tym roku organizatorzy zaprosili widzów na chyba ok.80 seansów (chyba, bo to moje własne obliczenia), kilka debat oraz imprez towarzyszących. Filmy – z Chin, Tajwanu, Hong-Kongu, Tajlandii, Indii – wyświetlane były w Kinotece oraz w kinie Muranów. Dla mnie to ostatnie było odkryciem, ponieważ nigdy wcześniej tam nie byłam. Emocje były tym większe, że udało mi się dostać na „tajwańskie arcydzieło wuxia”, czyli tegoroczne danie główne – „Zabójczyni” Hou Hsiao-hsiena. Fantastyczne kino – zarówno Muranów, jak i film, ale o tym drugim zaraz napiszę. Sala kinowa, choć wymalowana jest w soczystą czerwień, to spełnia wszystkie warunki: jest wygodna, ciepła i z dobrą akustyką. Z pewnością tam wrócę!

Muranów

O trzech filmach słów kilka

„Pojechała pierwszy raz na festiwal, obejrzała 3 filmy i teraz wyłoży nam główne nurty współczesnego kina Azji?” Absolutnie, nie. Po prostu napiszę co oglądałam, wspomnę o tym, co myślę, a „nóż widelec” będzie to dla Was wskazówka na przyszły rok.

Dalekowschodnią przygodę zaczęłam od filipińskiego „Krokodyla” Francisa Xaviera Pasiona. Jest to dramat oparty na faktach, do którego reżyser zdecydował się dołączyć zdjęcia dokumentalne. Historia choć ciekawa, rozgrywająca się na wodach filipińskiej prowincji, nie zachwyca dramaturgią, ale to właśnie zdjęcia plenerów przykuwają uwagę widza. Z pewnością zobaczycie świat, którego wcześniej nie widzieliście, zgrabnie ujęty w różnorodnych kadrach – zbliżeniach i planach ogólnych.

O „Korporacji” Johnnie’ego To przeczytałam wcześniej na stronie festiwalu. Nie zastanawiałam się zbyt długo – hongkońsko-chiński musical o świecie korporacyjnym w 3D po prosu musiałam zobaczyć (będąc miłośniczką klasyki tego gatunku). Z kolei, gdy mówiłam znajomym na jaki film idę, otwierali szeroko oczy ze zdziwienia. Otóż, mili Państwo, tak jak właśnie przeczytaliście, taki jest ten film – z pełnym poszanowaniem zasad gatunku, wciągającą fabułą i „korpo-choreografią”. I pomimo, że widać w scenariuszu format sztuki teatralnej, jest to kino widowiskowe i rozrywkowe.

„And the last but not least” – “Zabójczyni” Hou Hsiao-hsiena – zabójczo dobry film i jestem w stanie ocenić to nawet ja, osoba ziewająca w czasie scen walki. Po więcej informacji dotyczących kina wuxia odsyłam na stronę Festiwalu 5 Smaków i do tekstów krytyków specjalizujących się w tej dziedzinie. Ja napiszę tylko tyle, że na tak poetycko wystylizowaną i estetycznie dopracowaną ucztę kinową miałam tego wieczoru ochotę.

Pięć Smaków

Festiwalowa grafika

A co z sajgonkami?

Odległości pomiędzy Muranowem a Kinoteką z łatwością można pokonać komunikacją miejską, ale „międzyseansowy” głód to już nie taka prosta sprawa. Aby pozostać w azjatyckim klimacie wybrałam się do, mojego ulubionego (przyznaję), wietnamskiego baru Waw Pho na Noakowskiego 14 (niedaleko Politechniki Warszawskiej, 15 minut pieszo od Kinoteki). Pamiętajcie, że festiwal jest w połowie listopada, temperatura nie sprzyja wychodzeniu z domu, ale gorący rosół z warzywami, makaronem, serkiem tofu lub kurczakiem z pewnością pomoże przetrwać festiwalowe dni. Sajgonki też mają. Polecam, bowiem znają się tam na gotowaniu. Na kinie z resztą też, bo samą właścicielkę spotkałam później na seansie „Zabójczyni”. Przypadek?

Pho

„Pierwsze koty za płoty” z tym kinem azjatyckim. To jest tak, jak ktoś nigdy wcześniej nie jadł krewetek – najpierw odstręcza, później intryguje. „Zjadasz” i stwierdzasz, że bardzo je lubisz.
Moim zdaniem – jest to impreza godna polecenia, wyspecjalizowana, niosąca konkretną treść. A jeśli nie masz o tym „zielonego pojęcia” i zamierzasz się wybrać, to nie wiadomo do końca na co trafisz. I tak jest fajnie!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Festiwale polskie i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *