Rajska? Egzotyczna? Odległa? Podróż po filmowej Tajlandii.

Wyobrażenie o Tajlandii, dalekim kraju Azji Południowo-Wschodniej, nie jest już tak odrealnione jak jeszcze dekadę temu. Zewsząd bowiem zalewa nas fala folderów turystycznych, opowieści znajomych czy zdjęć w social media. Tam, gdzie stopniowo przybywają tłumy, wcześniej dotarły ekipy filmowe, które wykreowały obraz magicznej Tajlandii i dzięki jej scenerii stworzyły niezapomniane obrazy.

Podróż do Tajlandii stanowi ekscytujące wyzwanie, ale trzeba przyznać, że jej wizerunek z turystycznego punktu widzenia jest co raz bardziej oswajany. Wraz z rosnącą europeizacją najpopularniejszego azjatyckiego kierunku i zmieniającego się tam pejzażu, filmy kręcone w Tajlandii lub opowiadające o niej nabierają kultowego wymiaru. Upamiętniają świat, którego już nie ma lub formują fantasmagoryczne wrażenie kraju pełnego skrajnych doznań.  Lecąc do Tajlandii można się mocno rozczarować lub… przekonać o prestidigitatorskim wymiarze kina.

Bangkok

Bangkok dzieli podróżników na takich, którzy go uwielbiają i tych, którzy go nienawidzą. Brud, hałas, tłumy, korki, mieszające się zapachy, głośne życie nocne, drapacze chmur, szemrane zaułki – to wszystko sprawia, że miasto fascynuje, odstręcza, męczy i inspiruje. Dlatego niejednokrotnie stało się ono tłem dla wielu obrazów filmowych, których to twórcy wykorzystali mroczny potencjał Bangkoku.

W pamięci mam dwie dość przeciętne produkcje. Pierwsza, z 2008 roku w reżyserii braci Pang Ostatnie zlecenie (angielski tytuł: Bangkok Dangerous), w którym stolica staje się miejscem wykonania przez płatnego mordercę (Nicolas Cage) kilku zleceń. Zobaczymy w nim przede wszystkim stereotypowy Bangkok nocą, pełen dyskotek, ulicznych garkuchni, turystów i pięknych Tajek.

Miło, że twórcy – w kontraście do kryminalnego aspektu fabuły – wpletli w scenariusz całkiem romantyczną scenę wrzucania drobnych monet do kilkunastu misek. Rytuał ten uprawiany jest przez Tajów w prawie każdej świątyni.

Bardzo ciekawie na tle całego filmu wypada również scena zabójstwa w scenerii pływającego targu w Damnoen Saduak. Jest to najsłynniejszy tego typu targ w całej Tajlandii (z Bangkoku dojazd zajmuje około półtorej godziny). Film przedstawia pewne wyobrażenie o pływającym targu w ogóle. W kadrze zobaczymy wiosłujące kobiety w słomianych kapeluszach, które na długich łodziach sprzedają warzywa, owoce, przekąski i przysmaki. W rzeczywistości jednak łodzie służą do transportu turystów, a produkty na sprzedaż znajdują się w specjalnych pasażach. Nie są to warzywa czy owoce, lecz mnóstwo tandetnych pamiątek, mydełek, ubrań, obrazków i – na całe szczęście – tajskich przysmaków, których można skosztować na miejscu. Targowisko w Damnoen Saduak jest przede wszystkim turystyczną przystanią, dobrze prezentującą się na zdjęciach atrakcją, gdzie można przepłynąć się łajbą.

Nowszą propozycją z 2013 roku, jeszcze gorszą pod względem dramaturgicznym, jest Tylko Bóg wybacza w reżyserii Nicolasa Windinga Refna. W filmie, który w skrócie można uznać za próbę nadania kryminałowi krzty wyrafinowania, Julian (Ryan Gosling) błąkając się nocą po oświetlonych neonami ulicach Bangkoku, chce się zemścić za zabójstwo brata. Nie dość, że obraz nie odsłania wielowymiarowego oblicza miasta, mógłby wręcz zostać nakręcony w innej części globu (większość scen i tak dzieje się we wnętrzach), to jeszcze ulice Bangkoku emanują pozowaną melancholią.

Natomiast nocna panorama widziana ze szczytu wieżowca zaspokoi wymagania amatorów metropolii. W filmie znalazła się scena na tarasie, w czasie której matka Juliana rozmawia z jednym z pośredników. Za jej plecami roztacza się widok na Bangkok nocą. Tego typu widoki można podziwiać docierając do tzw. „sky baru” – doznania wzrokowe są niezapomniane. Z góry wyraźnie widać, że Bangkok jest potężnym miastem.

Niestety – tu zapewne zgodzą się ze mną amatorzy tajskiej stolicy – Bangkok nie doczekał się jeszcze udanej ekranizacji amerykańskiej czy europejskiej. Nie wspominając o komercyjnych filmach pod hasłem „spędźmy wieczór kawalerski w Bangkoku”, warto podkreślić, że stolica Tajlandii, obok porażającego smogu, emituje niespotykaną w Europie energię. Warto zwrócić uwagę na skrajności widoczne na każdym kroku: w społeczeństwie i statusie ekonomicznym, odzwierciedlane przez bogactwo architektury oraz kultury – zarówno tej wysokiej, jak i niskiej. W zatrważającym chaosie, który jest nieodłącznym elementem codzienności Tajów i który inspiruje do sensacyjnych opowieści, skrywają się metoda i sposób życia, mentalność, kultura, marzenia i ludzie. Czy doczekamy się kadru, który obejmie to wszystko, co tajskie, na raz?

Ayutthaya

Godzinę drogi od Bangkoku na północ znajduje się niewielkie miasto, lecz niezwykle interesujące. W Ayutthayi można zwiedzić kompleks kilkunastu świątyń oraz ruiny pałaców. Obszar objęty zabytkami jest wyjątkowo rozległy, do tego stopnia, że nie sposób poruszać się między poszczególnymi punktami pieszo. Natomiast mistyczny krajobraz zachwyca. Niespotykana poza Azją budowa świątyń sięgająca przeszło XIV wieku, piaskowo-brązowa kolorystyka, bogactwo posągów oraz wspomniana przed chwilą przestrzeń dają poczucie obecności w innym wymiarze. Nic zatem dziwnego, że to właśnie stara stolica Tajlandii (Ayutthaya była nią do XVIII wieku) stała się scenerią kilku scen kultowego filmu Mortal Combat 2:Unicestwienie (reż. John R. Leonetti, 1997).

Spektakularne efekty specjalne, a także fantastyczne plenery Ayutthayi nie poprawiły walorów artystycznych filmu o sztukach walki do takiego stopnia, aby film choć trochę stał się znośny dla współczesnego widza. Pozostanie on jedynie w sercach (i w pamięci) amatorów serii MK, którzy utożsamiają z nią swoje dzieciństwo i wyobrażenie o fantastycznym świecie. A jednak plenery drugiej części Mortal Kombat istnieją naprawdę i są dostępne dla zwiedzających. Są wśród podróżników znawcy tematu, którzy kojarzą Ayutthayę z filmem, natomiast wizerunek dawnej stolicy budowany jest na jej pięknie „samym w sobie” i bogatej historii zamkniętej w murach antycznych świątyń. Oczywiście, wokół każdej z nich rozwinięto turystyczne udogodnienia: gastronomiczne, transportowe czy rozrywkowe, ale ogromny teren, jaki zajmuje zabytkowa część miasta umożliwiają wyciszenie i wewnętrzną medytację.

Maya Bay i tsunami

Z terenów miejskich przenosimy się nad morskie wybrzeże. W wielkim kontraście do świątyń Ayutthayi, które choć pojawiły się w amerykańskim kinie, nie są aż tak oblegane przez ruch turystyczny, jest zatoka Maya Bay znajdująca się na wyspie Phi Phi Don. To właśnie ta plaża stała się scenerią dla filmu Niebiańska plaża (reż. Danny Boyle, 2000) i zarazem symbolem niedostępnego dla większości raju. Nic dziwnego – krystalicznie czysta, turkusowa woda, niewielka plaża z czystym, białym piaskiem otoczona olbrzymimi skałami oddzielającymi „zwykły” świat od „edenu” zachwyciły producentów filmu z Leonardo di Caprio w roli głównej. Zatokę Maya Bay wybrano na główny plener filmu, tytułową „niebiańską plażę” (choć tak naprawdę większość scen dzieje się poza jej obszarem) i szybko zyskała ona miano najpiękniejszego krajobrazu Tajlandii. Za sprawą filmu, któremu sprzyjały raczej pochlebne recenzje (m.in. brał udział w konkursie głównym Festiwalu Berlinale), Tajlandię zalała fala podróżników, jeszcze przed tsunami, które miało nadejść w 2004 roku. Dziś Maya Bay jest przeładowaną turystycznie atrakcją. Gdy ja tam byłam 25 grudnia 2017 roku przy brzegu znajdowało się ok. 50 łódek, a na samej plaży ok. 1000 osób.

Obsługę transportu wodnego podporządkowano pod potrzeby (wymogi!) turystów, którzy tak jak filmowi bohaterowie chcą zobaczyć raj. Niezliczona ilość firm codziennie proponuje dopłynięcie do kultowej plaży Maya Bay, ale zaledwie kilka z nich ma w swojej ofercie zapewnienie dostępu do zatoki bez tłumów. Zejście na niebiańską plażę we względnej samotności kosztuje i to krocie, nawet w tak słabej walucie jaką jest tajski baht.

Film Danny’ego Boyla jest wręcz makabrycznym przykładem promocji regionu poprzez film, cieniem kasowego sukcesu. Przeciążenie ruchu turystycznego w obrębie wyspy spowodowało wymarcie ekosystemu wodnego i ostatecznie (w maju 2018 roku) zmusiło władze prowincji do zamknięcia na kilka miesięcy dostępu do plaży. Cytując klasyków – rewolucja pożera własne dzieci:

a) produkcja wpływa pozytywnie na wizerunek danej lokalizacji ->

b) zwiększa się ruch turystyczny w tym regionie ->

c) zwiększa się do tego stopnia, że wymiera element przyrody, współtworzący obraz miejsca, dla którego powstał scenariusz.

Z odkrytego tam przed laty raju pozostał już tylko… film.

Natura nie zawsze jednak dostarcza błogiego relaksu. Przekonali się o tym turyści, którzy w grudniu 2004 roku musieli zmierzyć się z tsunami. Ogromna fala przypłynęła do czternastu krajów basenu Oceanu Indyjskiego, w tym Tajlandii. Kataklizm stał się tematem newsów, reportaży i filmów dokumentalnych na całym świecie, a w końcu kanwą filmu katastroficznego pt. Niemożliwe (reż. J.A. Byona, 2012). Sceny zrealizowano głównie w Hiszpanii i USA, jako że projekt miał charakter hiszpańsko-amerykańskiej koprodukcji. W Tajlandii nakręcono niewielką część filmu, głównie przyjazd rodziny do tajskiego resortu. Twórców superprodukcji należy pochwalić za dopracowane efekty specjalne oraz wzruszające sceny. Ostatecznie przecież, pomijając komercyjny charakter przedsięwzięcia, stanowi ono dowód pamięci o tej tragedii, o zmarłych i ocalonych.

Do Tajlandii pojechałam równo 13 lat po tsunami, na Święta Bożego Narodzenia, tak jak świadkowie oraz filmowi bohaterowie, które spędziłam w prowincji Krabi. Na co dzień nieodczuwalny lęk i ból z tym związany stał się po prostu wyraźną blizną – dostrzegalną i obecną w tajskim krajobrazie w postaci słupów i tablic ostrzegawczych – współczesny przykład pomnika postawionego w duchu memento mori.

Na sąsiednich wyspach w głębi lasu wciąż leżą połamane drzewa i wywrócone łodzie. Sam kataklizm (może z wyjątkiem pierwszych dwóch lat) nie wpłynął na obniżenie ruchu turystycznego w Tajlandii. Przeciwnie, turystyka wciąż jest jedną z najważniejszych gałęzi tajskiej gospodarki, a zrealizowane filmy tylko pomagają w utrzymaniu tej tendencji.

Most na rzece Kwai

Cofamy się nie tylko do północnych części kraju, ale również do roku 1957, w którym na ekrany kin wszedł amerykański film w reżyserii Davida Leana Most na rzece Kwai, będący z kolei ekranizacją książki Pierre’a Boulle’a o tym samym tytule. Most, o którym mowa, to efekt morderczej pracy alianckich i azjatyckich jeńców, którzy w czasie drugiej wojny światowej budowali trasę „kolei śmierci” w kierunku Indii. Na tajlandzko-birmańskiej trasie powstało setki takich wiaduktów i estakad i choć akcja książki dzieje się w Birmie, a zdjęcia do filmu – paradoksalnie – w całości zrealizowano na Sri Lance – ale to właśnie do miasta Kanchanaburi przybywają rzesze turystów, by zobaczyć słynny i jednocześnie okupiony krwią kilku tysięcy żołnierzy żelazny most.

Co więcej, w Kanchanaburi znajduje się kilka innych obiektów związanych z obozem jenieckim, który się tu mieścił. Na równoległej ulicy można dotrzeć do Muzeum JEATH opowiadającym o warunkach, w jakich jeńcy żyli i pracowali. W centrum miasta znajduje się wojenny cmentarz, na którym pochowano ofiary wojny i pracy przy moście.

Trzeba przyznać, że most na rzece Kwai wywołuje skrajne uczucia. Charakterystyczna konstrukcja z brunatnego żeliwa, wiele przeplatających się przęseł sprawia wrażenie raczej szkieletu, nigdy niedokończonej budowli niż gotowego wiaduktu, co podsyca makabryczny nastrój tego miejsca. Z drugiej jednak strony, fakt, że przez most codziennie przejeżdża lokalna kolejka wypełniona pasażerami, a wokół znajdują się stragany z pamiątkami odczarowuje cały (zły) urok. I znów, gdzieś po środku, to właśnie film Davida Leana, który zyskał już miano kultowego, uświadamia, że most nie jest (tylko) atrakcją turystyczną, lecz także pomnikiem niosącym pamięć o okrutnych czasach okupacji japońskiej.

Do widzenia, do jutra…

Tajlandia zachwyca. A na pewno uwodzi – bogactwem barw, różnorodnością pejzażu, odmiennością architektury, kuchnią, mentalnością Tajów. Nic dziwnego, że tak pięknie prezentuje się na żywo, na zdjęciach – i w końcu – na wielkim ekranie. Dodatkowo, przemysł filmowy wspierany jest przez krajową gospodarkę – w Tajlandii obowiązują bardzo liberalny system ekonomiczny, niskie podatki i ulgi, a także działa Tajlandzkie Biuro Filmowe (podlegające pod gałąź turystyki), które pomaga w uzyskaniu pozwoleń, tłumaczeniach oraz logistyce. I pomimo wielu barier, takich jak język, odległość, konieczność korupcji, różnice kulturowe – twórcy potrafią stworzyć równie zachwycające czy przynajmniej zapadające w pamięci obrazy.

Żegnam Tajlandię tytułem polskiego filmu Janusza Morgensterna. Wylatując do Polski, chciałam od razu wrócić do Bangkoku, niemalże następnego dnia. Podróż jednak jest dokuczliwa, a szybki powrót w ukochane miejsce nie zawsze możliwy. Po intensywnej podróży pozostają wspomnienia (jakie piękne!), zdjęcia (chociaż kilka nie wyszło) i na szczęście – filmy, które można obejrzeć w domowym zaciszu, odpoczywając na równie ukochanej kanapie.

Zaszufladkowano do kategorii Podróże filmowe | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Takie kino i Cieszy(n), 20. Przegląd filmowy Kino Na Granicy / Hranicy, Cieszyn, 27 kwietnia – 3 maja 2018

Festiwalowy medal! Muszę przyznać, że lubię takie festiwale – kameralne, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne w innym miejscu. Nawet pisząc ten artykuł zastanawiam się, czy powinnam go zakwalifikować do „festiwali polskich” czy może „zagranicznych”?

Polska strona medalu

Decyzja zapadła – festiwale polskie, a to z trzech powodów. Po pierwsze, w czasie wydarzenia czułam się jak w domu, co zawdzięczam zarówno atmosferze festiwalowej, jak i zaznanej w Cieszynie gościnności. Po drugie, nadrobiłam kilka polskich zaległości filmowych, z którymi niechlubnie żyłam od czasu festiwalu w Gdyni. Po trzecie wreszcie – trzeba przyznać – przebywałam częściej po polskiej stronie rzeki Olzy i nie wydałam ani jednej czeskiej korony, a to wielka szkoda.

Częstsza obecność po rodzimej stronie, kiedy „zagranica” znajduje się tuż na drugim brzegu rzeki, miało pewne powody. Sekcja polskich filmów na festiwalu w Cieszynie prezentuje się rewelacyjnie – program wypełniony jest najnowszymi autorskimi produkcjami i tymi, które już miały swoją premierę w kinach, ale są świetną okazją do nadrobienia zaległości lub ponownego zobaczenia ekranowych ulubieńców. W tym roku można było zobaczyć: „Najlepszego” Łukasza Palkowskiego, „Ptaki śpiewają w Kigali” Joanny Kos Krauze, „Twojego Vincenta” Doroty Kobieli i Hugh Welchmana, „Sztukę kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” Marii Sadowskiej, „Twarz” Małgorzaty Szumowskiej, „Wieżę. Jasny dzień” Jagody Szelc i wiele innych. Ilość filmów i wspomniane zaległości przypominają o bogactwie rodzimej kinematografii oraz o tym, że nie da się wszystkiego zobaczyć, nawet na jednym festiwalu.

Najnowszym filmom towarzyszą retrospektywy: reżyserów (w roku 2018 – Krzysztofa Zanussiego), a także aktorów, a to dzięki osobie dyrektora programowego Łukasza Maciejewskiego (autora trzech tomów „Aktorek” – książek-wywiadów z najwybitniejszymi polskimi aktorkami). W tym roku bohaterką retrospektywy aktorskiej została Danuta Stenka, która przyjechała do Cieszyna, by spotkać się z festiwalową publicznością.

Zdecydowanym plusem festiwalu jest obecność artystów po projekcjach oraz możliwość dyskusji z nimi. Nad Olzę przyjeżdżają nie tylko reżyserzy, ale też aktorzy i inni twórcy, a rozmowy z nimi prowadzone są przez popularnych dziennikarzy i krytyków. Ich wizyta jest również niepowtarzalną okazją do poznania polskiej kinematografii przez Czechów, którzy chętnie przychodzą na te pokazy. Prezentacja polskich filmów, nawet kilka miesięcy po premierze ma więc swoje logiczne uzasadnienie. Parafrazując znane  przysłowie – nie ma tego polskiego, co by na dobre nie wyszło.

Czeska strona medalu

Lustrzanym odbiciem polskiej strony festiwalu jest program z filmami czeskimi. Również tam znajdują się najnowsze produkcje i retrospektywy (w 2018 roku – Ivana Trojana i Jana Hřebejka). Zagraniczna formuła jest też rozszerzona o słowackie akcenty, co wskazuje na historyczną pamięć o Czechosłowacji. W bieżącym roku zaprezentowano kilka filmów zgrupowanych w sekcji Najlepsze scenariusze Słowacji, a także najnowsze produkcje słowackie. Organizatorzy cieszyńskiej imprezy jako jedyni w Polsce oferują tak rozbudowany przegląd kinematografii sąsiednich państw, a festiwal jest niepowtarzalną okazją do zapoznania się z nią, zgłębienia jej estetycznych i tematycznych kierunków. Nie ma w Polsce wielu okazji do zobaczenia czeskich czy słowackich filmów na wielkim ekranie, stąd w Cieszynie można spotkać niemalże wszystkich filmoznawców specjalizujących się w tym temacie. Dla nich to nie tylko okazja do kultywowania własnej pasji, ale przede wszystkim możliwość spotkania i dialogu z twórcami zza Olzy.

Skoro Olza stanowi symboliczną granicę dwóch krajów i zarazem miast, nie można nie wspomnieć o – kultowych już – pokazach plenerowych / transgranicznych nad rzeką. Miejsca siedzące znajdują się po czeskiej stronie, natomiast ekran po polskiej. Gdy zapada zmrok, cichną odgłosy rozmów, spożywania napojów wysokoprocentowych, a w powietrzu unosi się już tylko woń palonej konopi indyjskiej (bo przecież po czeskiej stronie większa przychylność!), rozpoczyna się projekcja. Prezentowane są starsze filmy i zazwyczaj czeskie lub słowackie, Choć kwietniowo-majowe wieczory potrafią być chłodne, atmosfera naprawdę podnosi temperaturę ciała.

Podium

Przegląd filmowy Kino na Granicy w tym roku obchodził swój dwudziesty jubileusz. Na Gali Otwarcia odtworzono znany przebój Macieja Kossowskiego „Dwudziestolatki” – i słusznie, gdy przed festiwalem jeszcze długa przyszłość, „siódme niebo”. Przede wszystkim, warto zaznaczyć, że przegląd ma wyrobioną pewną linię programową, niespotykaną na innych festiwalach, towarzyszą mu rozmaite wydarzenia, wystawy, organizatorzy dbają o utrzymanie pozytywnej atmosfery, którą wieńczą wspólne wieczory w klubie festiwalowym – Browarze Zamkowym Cieszyn, gdzie odbywają się koncerty.

Swoją formułą – małomiasteczkowością, podziałem administracyjnym rzeki, artystyczną atmosferą – naturalnie kojarzy się z Festiwalem Dwa Brzegi w Kazimierzu Dolnym, ale jego zdecydowana linia programowa wyróżnia go i decyduje o jego wyjątkowości. Do tego wszystkiego termin majówkowy imprezy, pogranicze polskiego i czeskiego Cieszyna sprawia, że Kino na Granicy odbywa się w wyjątkowym miejscu i pod tym względem jest bezkonkurencyjny

Ta podwójna formuła festiwalu zdecydowanie się sprawdza, bo sale choć nie są wypełnione po brzegi to jednak trudno w nich znaleźć wolne miejsce. Wśród studentów znajdziemy młodych ludzi, studentów, seniorów, zarówno z Polski, jak i Czech, naukowców, twórców filmowych. Dowodzi to odczuwalnej potrzebie wydarzenia jednoczącego publiczność oraz dwa państwa, będącego kulturalną, ekonomiczną i turystyczną iskrą dla obu miast.

Z resztą gołym okiem widać, że Kino na Granicy służy zacieśnianiu relacji polsko-czeskich. Serdeczne uśmiechy i uściski organizatorów polskich i czeskich, obecność tłumaczy na pokazach i naturalność, z jaką wspólnie z dziennikarzami prowadzą poprojekcyjne spotkania sprzyjają miłej atmosferze. Widać, że jest to wydarzenie tworzone w duchu przyjaźni – bez uprzedzeń, stereotypów i bez granic.

Prawdziwy Czech śpiewa, gdy sobie podje.

Jak zawsze w czasie wojaży festiwalowych, warto zadbać o potrzeby nie tylko duchowe, ale też cielesne. Na szczęście, przerwy między poszczególnymi seansami są wystarczająco długie, a miejsca festiwalowe są rozlokowane blisko siebie, zatem spokojnie można zwiedzić okoliczne bary i kawiarnie. Na obiad polecam Bar Mleczny Zapiecek lub restaurację Głęboki Talerz (w obu miejscach można zjeść na zewnątrz, w promieniach majowego słońca). Natomiast na kurtuazyjne wyjście warto zahaczyć o nieco droższą Winiarnię u Czecha, gdzie serwują dania kuchni czeskiej. Na kawę i deser obowiązkowym punktem na mapie jest absolutnie klimatyczna kawiarnia Kornel i przyjaciele, gdzie już sam literacki wystrój przyciąga. Pełno w niej książek, maszyn do pisania, bibelotów. Jej patronem jest Kornel Filipowicz – powojenny pisarz, wieloletni partner Wisławy Szymborskiej, przyjaciel Tadeusza Różewicza, dla którego Cieszyn miał szczególne znaczenie. W kawiarni panuje przyjemny dla wrażliwości artystycznej nastrój, a kawa smakuje wręcz wybornie. Nie dziwi więc fakt, że kawiarnia jest partnerem festiwalu.

Pamiętajcie, że dwudziestolatki lubią nie tylko kino!

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale polskie | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

#2 Berlinale – akcja – organizacja, czyli 5 rad jak się przygotować na festiwal

  Berlinale już dawno za nami i większość przygotowuje się do festiwalu w Cannes, ale ja jeszcze do dziś czuję ten przeszywający mróz, gdy staliśmy w kolejce do kina. Oczywiście – pozostają przemiłe filmowo-towarzyskie wspomnienia, ale towarzyszy mu lekkie ukłucie niespełnienia. Że można było jeszcze więcej!

  Mam już za sobą 2 duże festiwale filmowe i z kolejnym doświadczeniem wiem, że solidne przygotowanie do uczestnictwa w festiwalu pozwala jak najlepiej wykorzystać spędzony tam czas. Jak to zrobić? Podpowiedzi znajdziecie w tym artykule, który opiera się na wrażeniach z Berlina, ale spokojnie możecie je wykorzystać przygotowując się do wyjazdu na każdy inny festiwal. Przedstawiam wam 5 porad o tym, w jaki sposób przygotować się na taki festiwal. Gotowi?

  1. Polegaj na innych

  Zgrana ekipa na festiwalowy wyjazd do połowa sukcesu. Na rozbudowany festiwal, jakim jest Berlinale, warto pojechać z kimś doświadczonym, kto już zna specyfikę tej imprezy. Ja osobiście miałam szczęście, że wybrałam się z organizatorem Festiwalu Kamera Akcja, który jest stałym bywalcem europejskiego święta kina, dzięki czemu zna i poszczególne sekcje programowe, i miasto (miejsca festiwalowe). Jego wiedza i doświadczenie okazały się zbawienne i zaowocowały trafnymi wyborami filmowymi oraz dużą ilością seansów w ciągu dnia. Jeśli więc w twoim towarzystwie znajdują się osoby, które pierwsze doświadczenia z niemieckiego święta kina mają już za sobą – nie wahaj się pojechać z nimi w kolejnym roku. Jeśli nie masz nikogo takiego w twoim towarzystwie – nic straconego! Pojedź sam (lub z grupą nowicjuszy) i przetrzyj szlaki. Z każdym kolejnym rokiem, gdy wrócisz do Berlina, będzie coraz łatwiej.

2. Poznajcie się: to jest program

  Jakkolwiek banalnie to zabrzmi, ale jest to obowiązkowa czynność przed festiwalem, do której zachęcam – zapoznaj się z programem, nawet pobieżnie. Rozeznaj się w sekcjach festiwalowych, przeczytaj tytuły filmów i poznaj autorów (przy takiej ilości filmów przeczytanie wszystkich opisów jest nieosiągalne), ale warto na tym etapie ustalić priorytety. Radziłabym zrobić listę filmów uważanych przez ciebie jako „must see”, ale nie przywiązuj się do niej za bardzo – musisz mieć zawsze przygotowany „plan b”, czyli listę awaryjną do wykorzystania, kiedy na wybrane filmy nie będzie już biletów. Przy wyborze, postaraj się odpowiedzieć na pytanie, czy interesuje cię konkretna sekcja, tytuły, filmy danego kraju czy też autorzy i pod to układaj swój plan dnia. Pożądane pokazy warto rozpisać nawet na godziny, jako że system berliński wychwytuje długość trwania filmów i może nie wydrukować biletu, jeśli filmy na siebie nachodzą.

  Jeszcze przed wyjazdem do Berlina, uruchom mapę Google i umieść na niej kina festiwalowe. Do niektórych najprawdopodobniej nawet nie zajrzysz, bo wyświetlają przeważnie filmy z sekcji, która akurat ciebie nie interesuje. Pozostałe adresy zapamiętaj. W ciągu dnia będziesz się kilkukrotnie przemieszczać metrem, bowiem seanse odbywają się w kinach rozlokowanych w różnych częściach miasta. Przyda się orientacja w terenie, by – chociażby mniej więcej – wyliczyć ile czasu potrzeba na przejazd do kina.

  Na czas festiwalu polecam zapoznać się ze stawkami roamingu w twojej sieci komórkowej, bowiem z Internetu będziesz korzystać codziennie i ułatwi ci to poruszanie się po mieście.

3. Impreza do rana czy wczesna pobudka?

Pytanie dość egzystencjalne, z którym przychodzi się zmierzyć nie tylko w czasie festiwalu, ale w jego trakcie trzeba szybko podejmować decyzje. Na szali są: zawieranie znajomości przy wieczornym drinku czy pewność, że dostanie się bilety na upragnione seanse. O co tak naprawdę tyle zachodu? O bilety, które są bardzo szybko odbierane. Liczba uczestników z akredytacjami sięga kilku tysięcy i oni, tak jak i ty, chcą zobaczyć przede wszystkim filmy z konkursu głównego. Efekt? Biletów dla wszystkich nie starcza. Dlatego warto, pomimo wieczornej imprezy, pojawić się w centrum festiwalowym jeszcze przed jego otwarciem. Na godzinę przed otwarciem w kolejce stoi już ok. 150 osób. Raz zdarzyło się, że w momencie wyboru przez nas biletów na seanse na jeden z nich nie było już biletów (o godzinie 8:40!). Brak biletu na szczęście nie jest powodem do afery – dłuższa przerwa w ciągu dnia pozwala na regenerację sił, a jeśli nie jesteś zmęczony, zawsze warto odwiedzić Muzeum Filmowe położone w centrum miasta. Pamiętaj, by świadomie wybierać i decydować, a następnie w pełni korzystać z wybranych możliwości.

4. Berlinale i ja

  W poprzednim wpisie o Berlinale zaznaczałam, że bardzo ważny jest cel, dla którego przyjeżdża się na festiwal. Kiedy świadomie go sobie wyznaczamy, warto przygotować się na tak zwane „niespodziewane” sytuacje, czyli takie momenty, kiedy nadchodzi okazja, by kogoś ważnego poznać, wejść w niedostępne miejsce, uwiecznić coś na zdjęciu itp. Oczywiście, nigdy nie będziemy przygotowani na sto procent, ale zawsze jesteśmy tych kilka kroków do przodu. Oto kilka punktów, które warto „odhaczyć” zanim ruszymy na czerwony dywan:

  •  akredytację trzymaj zawsze przy sobie;
  •  przygotuj autoprezentację, czyli półtoraminutową wypowiedź o sobie – kim i skąd jesteś, co robisz w życiu, co cię sprowadza na festiwal;
  •  masz wizytówki? świetnie, weź je ze sobą;
  • w telefonie pozamykaj zbędne strony, zdjęcia, filmy, pilnuj baterii, by była naładowana, jeśli masz swoją stronę – otwórz ją w przeglądarce i bądź gotowy na to, by ją pokazać (większość osób ma pamięć wizualną);
  •  jeśli liczysz na współpracę z jakimś partnerem – przygotuj się na spotkanie z nim (co roku w czasie Berlinale odbywa się Polish Party, organizowane m.in. przez PISF, na którym pojawia się większość osób z polskiej branży filmowej, ale uwaga – obowiązuje lista gości!);
  • staraj się być na bieżąco (zawsze, nie tylko w czasie festiwalu) – co roku na Berlinale przygotowywane jest nowe wydanie Polish Magazine – warto zapoznać się z jego treścią (dostępny jest w przestrzeniach festiwalowych, za darmo);
  •  jeśli w przeszłości uczyłeś się języka niemieckiego, odśwież sobie podstawowe słówka i gramatykę – Berlinale to europejski festiwal, ale jego lokalizacja ma znaczenie i znajomość tego języka z pewnością się przyda.

Jeśli i ty masz jeszcze jakieś wskazówki, nie wahaj się wspomnieć o nich w komentarzu!

  Warto pamiętać, że w tym czasie odbywa się European Film Market, na który przyjeżdżają dystrybutorzy i agenci sprzedaży z całej Europy. To bardzo ważne wydarzenie, w czasie którego sztuka filmowa zmienia się w zdrowy biznes, a prezentowane filmy trafiają na kolejne festiwale i do kin. Wspomniałam o polskiej imprezie, ale nie jest ona wyjątkiem – takie tematyczne spotkania organizują również instytucje z innych krajów (ale zawsze obowiązuje lista gości – nie znaczy to jednak, że nie można się na niej znaleźć).

5. Coś jednak musi się zgadzać

  Ostatni podpunkt zorientowany na finanse jest dość banalny i oczywisty, ale jednak potrafią one zaskoczyć. Na wyjazd do Berlina należy się odpowiednio przygotować i uwzględnić następujące koszty: akredytacji, transportu miejskiego, noclegu, wyżywienia. Trzeba mieć na uwadze, że jedziemy do europejskiej stolicy, płacimy w euro, a festiwal nie jest kierowany do początkujących artystów, lecz zarabia na jego uczestnikach. Nie oferuje zatem nic za darmo, ale większość kosztów mieści się już w zakupionej akredytacji. Nie można zapominać o potrzebach, czyli jedzeniu i piciu. Nie zawsze w okolicy znajdzie się supermarket i czasem trzeba się posilić tym, co oferują w sklepie kinowym lub kawiarni, gdzie ceny są wyższe, więc na takie sytuacje trzeba być przygotowanym. Podsumowując stwierdzam, że wyjazd na festiwal Berlinale jest pewnego rodzaju „wydatkiem”, ale za to bardzo przyjemnym i pożytecznym.

***

  Na festiwal jechałam z własnej inicjatywy, nie z ramienia firmy czy instytucji, dlatego moje doświadczenia są indywidualne, nieobarczone wyjazdem służbowym.  Grupową organizację mieliśmy świetną – udało nam się zarówno zobaczyć sporo filmów, jak i znaleźć czas na przyjemności. Ja swój cel zrealizowałam – pojechałam na drugi najważniejszy festiwal filmowy znajdujący się na mapie Europy. Zabawne, że przejechanie czterystu siedemdziesięciu kilometrów do stolicy Niemiec okazało się prostsze niż przebrnięcie przez kilkudziesięciostronicowy, gęsty program festiwalu, ale konkluzja z tego doświadczenia wykluwa się jedna – Berlinale jest na wyciągnięcie każdej ręki, o ile głowa jest dość ogarnięta.

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale zagraniczne | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

#1 Berlinale 2018 – ziemia obiecana artystów, Mekka branży filmowej

  Berlinale, czyli Międzynarodowy Festiwal Filmowy odbywający się co roku w Berlinie, to jeden z najważniejszych festiwali filmowych w Europie. Reżyserzy co roku walczą, by ich filmy swoją międzynarodową premierę miały właśnie albo w Berlinie, albo w Cannes. Pokaz filmu na Berlinale gwarantuje prestiż, wymagającą publiczność, w skład której wchodzą producenci, krytycy i inni artyści filmowi, a przede wszystkim – agenci sprzedaży z całego świata. O co w tym wszystkim chodzi i jak wygląda festiwalowa machina? Przeczytajcie!

Skąd ten niedźwiedź – czyli o Konkursie Głównym

  Festiwal przez lata wypracował swój branżowy profil, który się sprawdza i jednocześnie odpowiada na potrzeby i artystów, i producentów, i agentów sprzedaży z różnych krańców świata. Główną wizytówką niemieckiego święta kina jest przede wszystkim Konkurs Główny, w którym można zobaczyć najnowsze, europejskie filmy fabularne, kino perspektywiczne, nietuzinkowe, podpisane nazwiskami autorów często nieznanych, ale utalentowanych i niezwykle wrażliwych. Za końcową, oficjalną selekcję odpowiada sam dyrektor festiwalu, Dieter Kosslick (poznajcie go -> tutaj), ale filmy zawsze podlegają ocenie międzynarodowego jury. To właśnie Konkurs Główny wzbudza tyle emocji poprzez wyrafinowaną oprawę  – czerwony dywan prowadzący prosto do Berlinale Palast, rozentuzjazmowany tłum, czekający na swoich ulubieńców, paparazzich wysłanych przez redaktorów naczelnych, przyjazd twórców luksusowym samochodem marki Audi (sponsora i partnera festiwalu). I oni, artyści – ubrani w smokingi lub wieczorowe suknie, widzą jak chełpi się ich talent, mogą poczuć się jak gwiazdy. Następnego dnia, po premierze, kiedy zdjęcia z tego wieczoru już pójdą w świat, założą pewnie dżinsy i ciepły sweter, będą częścią festiwalowej publiczności, ale ten celebracyjny moment należy do nich.

  Laureatów nagradza się na oficjalnej gali, a wśród nagród są statuetki: Złoty Niedźwiedź i  siedem Srebrnych Niedźwiedzi. Jako ciekawostkę dodam, że w latach 1952-55 Złote Niedźwiedzie przyznawała publiczność, dopiero od 1956 ten przywilej posiada wyłącznie jury. Jeszcze przed wspomnianą wyżej galą wręczany jest Honorowy Złoty Niedźwiedź – za wieloletnie, artystyczne osiągnięcia. Czemu niedźwiedź? Statuetka jest od początków festiwalu, czyli od roku 1951, kiedy to uhonorowano nią po raz pierwszy pięciu artystów. Powstała na wzór herbu i flagi Berlina, na których króluje właśnie stojący na dwóch łapach niedźwiedź – symbol stolicy Niemiec.

  Niezależnie od poziomu Konkursu Głównego – często sarkastycznie komentowanego przez krytyków – pozostaje on jednym z najważniejszych konkursów filmowych. Za tą marką idą już lata doświadczeń, a dokładnie 68 edycji festiwalu.

Poza konwencjami, utartymi szlakami – poza konkursem

  Niejednokrotnie w kuluarach każdego znaczącego festiwalu mówi się, że często to właśnie w sekcji Panorama można zobaczyć lepsze filmy niż w programie głównego konkursu. I pewnie to samo można napisać o Berlinale, choć może ten wątek lepiej zostawić indywidualnej ocenie. Czemu tak jest? W konkursie niejednokrotnie znajdziemy filmy realizowane z rozmachem, wielowątkowe, wręcz przesadzone w swoim artyzmie.

  Dlatego jeśli film nie znalazł się w konkursie, to wciąż ma szansę zaistnieć w programie Panoramy lub Forum. Panaroma prezentuje filmy oryginalne i świeże, pokazujące nowe tendencje w kinie i potencjał artystyczny ich autorów. W tej sekcji znajdziemy zarówno debiuty, jak i produkcje znanych reżyserów. Wyznacznikiem nie jest tutaj staż czy dorobek, ale odwaga w wytyczaniu nowych szlaków i rzucaniu wyzwań percepcyjnych widzom. Sekcja ta kierowana jest przez trzech kuratorów, a z kolei artyści mają szansę aż na 11 nagród (w tym za najlepszy film fabularny i najlepszy film dokumentalny).

  Obok niej, równie ważną sekcją jest Forum (a także Forum Expanded). W tej kategorii zobaczymy filmy awangardowe, niekonwencjonalne, wykraczające poza współcześnie rozumianą estetykę, filmy z pogranicza kina i sztuki „samej w sobie”.  Nad atrakcyjnym programem Forum i Forum Expanded czuwają kuratorzy, a w tej sekcji przyznawanych jest dziewięć nagród (m.in. Caligari Film Prize).

Spojrzenie w dal

  Berlinale, choć hołduje przede wszystkim świeżości, nowości i artyzmowi w światowym kinie, nie odwraca się od tradycji, młodości i rodzimej sztuki.

  W tym roku pamięć o klasyce filmowej upowszechniano dzięki dwóm sekcjom: Retrospektywie (prezentującej filmy z czasów Weimaru) oraz Berlinale Classic (przedstawiającej filmy odnalezione i odrestaurowane). Ta sekcja nie spotkała się jednak z naszym zainteresowaniem.

  Gratką dla entuzjastów niemieckiego kina jest Perspektive Deutsches Kino, czyli prezentacja kinematografii rodzimej. Wśród reżyserów, którzy przyjeżdżają na Berlinale, by spotkać się z publicznością, są również laureaci Niemieckiej Nagrody Filmowej, zwanej Lola (nota bene równie wiekowej jak sam festiwal, bo przyznawanej od 1951 roku). Ale uwaga z tą sympatią do następców Caligariego  – choć wszystkie filmy na festiwalu mają angielskie napisy, spotkania z twórcami po projekcjach z tej sekcji w większości odbywają się tylko w języku niemieckim. Zupełnie jakby prowadzący spotkanie zakładali, że kino niemieckie ogląda wyłącznie niemieckojęzyczna publiczność…

  Ukojenie filmowych zamiłowań znajdą również fani kina dziecięcego i młodzieżowego, albowiem sekcja Berlinale Generation jest jedną z najlepiej uposażonych sekcji filmów dla młodego widza w Europie. To właśnie stąd filmy wędrują na pozostałe, lokalne festiwale i do kin. Sekcja dzieli się na dwie kategorie: Generation 14plus oraz Generation Kplus. Do każdej kategorii przypisane są dwie grupy jury: Jury Dziecięce lub Jury Młodzieżowe oraz Jury Międzynarodowe, co sprawia że filmy dla młodej widowni nabierają właściwego im statusu we współczesnej kinematografii. Uwaga, w programie można znaleźć prawdziwe perełki i emocje porównywalne do pierwszych, młodzieńczych zachwytów kinem. Pamiętacie, gdy pierwszy raz obejrzeliście „Labirynt fauna”?  Dokładnie to mam na myśli.

 Wreszcie, nie można zapomnieć o Berlinale Shorts, czyli sekcji filmów krótkometrażowych. Nie jest to najważniejszy konkurs krótkich metraży w Europie, ale dzięki niemu artyści prezentujący swoje prace mają szansę być dostrzeżeni przez tę samą widownię, co twórcy uczestniczący w Konkursie Głównym. Festiwal daje laureatom gwarancję, że ich nazwisko będzie zauważone oraz zwiększa szansę na to, że w przyszłości pokażą oni na festiwalu swój debiut.

Cały ten czar… prysł

  Opisane powyżej sekcje, choć stanowią esencję z samego festiwalu, to zaledwie garstka subiektywnych wniosków wobec tego, jak gruby jest festiwalowy katalog oraz co dzieje się za kulisami. Berlinale jest bez wątpienia ogromnym przedsięwzięciem kulturalno-ekonomiczno-politycznym, ale w każdym projekcie przeznaczonym dla masowej publiczności (ok. 20 tysięcy widzów rocznie) można znaleźć pewne organizacyjne niedociągnięcia.

  Wyświetlany spot festiwalowy (obejrzycie go tutaj) będący stałym narzędziem budowania marki nie wystarcza by poczuć magię festiwalowego pokazu. Osobiście brakowało mi (regularnego) zapowiadania seansów – bardziej niż regułą, okazywało się to spontanicznym wystąpieniem opiekunów sali kinowej; zamiast serdecznego czy zabawowego powitania widzów, beznamiętnie lub niedbale przekazywano informację w eter. Zatem należałoby wyjść z założenia: „pokaz, jakikolwiek by nie był, to pokaz filmu na Berlinale. Ciesz się, widzu, że zdobyłeś bilet”.

  Wspomniany „q’n’a” w języku niemieckim, w którym zdarzyło nam się uczestniczyć, nie był jedynym niedopatrzeniem w czasie spotkań z twórcami. Gdy odpowiadali na pytania ze sceny, czy raczej sprzed ekranu (w zależności od miejsca), za ich plecami mogliśmy podziwiać… pusty ekran. Rozumiem, że rozbudowana plansza z informacjami mogłaby rozpraszać widzów, ale subtelnie podkreślone światłem logo festiwalu byłoby elegancką oprawą graficzną. Poziom prowadzonych rozmów również pozostawiał wiele do życzenia, co przynosiło czasem niespodziewane wnioski, że najciekawszą osobą w całej rozmowie był… tłumacz.

  Wreszcie, żaden festiwal nie powstałby gdyby nie szerokie grono wolontariuszy i pracowników. Na Berlinale wyróżniają się oni czarnym strojem zaakcentowanym dodatkiem koloru czerwonego. Ty poznasz ich od razu, zaś oni Ciebie nie, bowiem jakąkolwiek konwersację rozpoczynają w języku niemieckim. Moje zdziwienie było tym większe widząc ich zaskoczenie, że jestem zza granicy i mówię po angielsku – na międzynarodowym festiwalu… Inne wpadki językowe obsługi słyszalne były w niefortunnych sformułowaniach, których pracownicy używali, by pokierować widzami. Najczęściej pojawiającym się słowem było „can’t” – przed salą kinową nie można było spożywać jedzenia, w kolejkach do kin nie można było siadać, kulminacją okazało się przejęzyczenie pracownika, który tuż przed wpuszczeniem widzów na seans zupełnie poważnie oznajmił: „You cannot go into the cinema!”, co na szczęście wywołało jedynie salwę śmiechu.

  Nie można zapomnieć o pewnym elemencie, który jest nieuniknioną częścią każdego dużego festiwalu, czyli o kolejkach, w których na Berlinale spędza się łącznie kilka godzin każdego dnia. W końcu na sali kinowej mieści się od 100 do 1000 osób (w zależności od kina). Pierwszą kolejką, z którą przychodzi się zmierzyć, jest kolejka do Centrum Festiwalowego, gdzie odbiera się bilety. Jeśli wstanie się odpowiednio wcześniej, można czekać w środku. Natomiast jeśli danego dnia wybór padł na „odsypianie” – cóż, koniec kolejki widoczny jest już na zewnątrz budynku, co przy temperaturach bliskich zeru jest uciążliwe. Warto wspomnieć, że zakupiona wcześniej akredytacja upoważnia do odbioru biletu na seanse z jednodniowym wyprzedzeniem. Ale ilość miejsc na poszczególne filmy jest ograniczona i tu zaczynają się schody, a raczej organizacyjne niedopatrzenie. Sama akredytacja nie gwarantuje wejścia do kina – potrzebny jest bilet z odpowiednim kodem do odczytu – bez niego „ani rusz”. Powoduje to niekiedy absurdalne konsekwencje, w momencie gdy ktoś odebrał bilet, ale nie zdecydował się pójść i bilet wylądował głęboko w kieszeni lub (o, zgrozo!) w koszu. Miejsce na sali jest wolne, ale bilet przepadł (w systemie go nie ma) i inny widz już nie może z niego skorzystać. Oczywiście, organizatorzy niejako odpowiadają na zażalenia widzów i umożliwiają wejście bez biletu w trzech, oddalonych od centrum kinach. A tam nie warto oczekiwać filmowych objawień, ale tłumów i tak należy się spodziewać.

  Inną wadą obowiązującego na festiwalu systemu jest brak możliwości rezerwacji biletu online. Co znaczy, że rano trzeba się zjawić w Centrum, a także jeszcze w ciągu dnia, jeśli chce się „dobrać” wejściówki. Bilety można odebrać tylko osobiście, tylko na swoją akredytację i przeważnie stojąc w kolejce. Póki co, jest to jedyny sposób na zdobycie wejściówek i tego systemu raczej ominąć nie można. Zatem naszym mottem na czas festiwalu była sparafrazowana maksyma: kto rano wstaje, ten ma bilety do kina. Sprawdziła się.

***

  Berlinale to filmowe mrowisko – w końcu każdy tłum składa się z jednostek, które dążą do wytyczonego celu. Do Berlina, niczym pielgrzymi, przybywają adepci branży filmowej w poszukiwaniu wartościowych filmów, partnerów do projektów, wrażeń. Ale nie każdy je odnajdzie, bowiem w czasie mrówczej pracy nie można się zatrzymać ani na chwilę. Na myślenie był przecież cały rok – na festiwalu trzeba być już solidnie przygotowanym. Piszesz artykuły? Świetnie, poproś swojego redaktora o wstawiennictwo, ubiegaj się o akredytację prasową (jest tańsza)i pisz. Robisz festiwal? Przyjedź i znajdź filmowe perełki dla swojej widowni. Szukasz zagranicznych partnerów? Przyjdź na European Film Market i porozmawiaj z profesjonalistami z wielu krajów. Szukasz kontaktów? Pojaw się na Polish Party, w którym uczestniczą przedstawiciele firm producenckich i instytucji z Polski. Twój cel musi być wyraźnie określony, a pobyt w Berlinie temu podporządkowany – wtedy najwięcej skorzystasz z festiwalu. I chodź dumnie po czerwonym dywanie – jest również dla ciebie.

Zajrzyj na Facebooka i zobacz kilka fotek z Berlinale!

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale zagraniczne | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Kamerowe Love, Festiwal Krytyków Sztuki Filmowej Kamera Akcja, Łódź, 19-22 października 2017

Kamera Akcja jest festiwalem idei, poświęconym sztuce krytyki filmowej. W tym roku odbyła się już ósma edycja. Jednak pomimo swojej branżowości, październikową imprezę kochają wszyscy – krytycy, studenci, Łodzianie. Jak organizatorzy to robią?

Festiwal znam od drugiej edycji w 2010 r., kiedy byłam na nim po raz pierwszy. Paradoksalnie, pochodzę z łódzkiego, ale mieszkałam wtedy w Krakowie i, muszę przyznać, nabyłam niektórych małopolskich przywar. Kamerę Akcję pokochałam jednak od razu – zauroczyło mnie ambitne, ale niepyszałkowate podejście do tematu, świetny program i trafnie dobrane panele dyskusyjne.

Sam festiwal miewał już kilka miejscówek. Odbywał się w nieistniejącym dziś Prexerze na ulicy Pomorskiej i zamkniętym niedawno Kinie Wytwórnia przy Łąkowej. W tym roku padło na Łódzki Dom Kultury (w którym też już odbyła się jedna edycja). Publiczny ośrodek kultury nie zawsze jest najlepszym miejscem ze względu na nienowoczesne i mało komfortowe wnętrze, trudności finansowe instytucji, a czasem też opornego na nowe inicjatywy dyrektora. Ale ŁDK-u ten opis nie dotyczy. Kilkupiętrowa przestrzeń jest komfortowa, przytulna, mieści kilkaset osób, ale nie stwarza pozoru masowości. Sala kinowa w Kinie Szpulka nie może się równać z tą w Cinema City, ale nikomu to nie przeszkadza. Tu widownia przychodzi na film, nie do kina.

Kino Szpulka

Kino Szpulka

A widzowie przychodzą na filmy, bo jest co oglądać. W tym roku w ciągu czterech dni pokazano średnio 15 projekcji dziennie: w trzech salach w ŁDK-u i jednej w Kinie Szkoły Filmowej. Program sowicie wypełniono festiwalowymi perełkami takimi, jak: nagrodzonym w Cannes The Square (reż. R. Ostlund), Niemiłość (reż. A. Zwiagincew), Córki dancingu (reż. A. Smoczyńska), 21x Nowy Jork (reż. P. Stasik), Bekscińscy. Album wideofoniczny (reż. M. Borchardt) i inne. Moim faworytem była irlandzka komedia typu teen movie Sing Street (reż. J. Carney), ze znacznie większą ambicją niż amerykańskie odpowiedniki. To podróż o inicjacji w dorosłość z trudną historią Irlandii lat 80-tych w tle. Na sobotnią projekcję o północy z serii VHS Hell (wyświetlano Mutant Hunt, reż. T. Kincaid) przyszły tłumy. Wniosek? Kamera Akcja jest festiwalem dobrze programowanym, a jego organizatorzy potrafią odpowiednio wyczuć filmowe potrzeby swojej widowni.

A może w tym tkwi siła Kamery Akcji? W możliwości poznania bliżej widzów. Nie w umieszczaniu ich w tabelkach tytułowanych „target”, dzielonych przez wiek, płeć, wykształcenie… Właśnie w bezpośrednim spotkaniu, rozmowie, twarzą w twarz.

Od lat stałym punktem festiwalu są konkursy: Krytyk Pisze, Krytyk Mówi oraz Konkurs Etiud i Animacji. Laureaci – niejednokrotnie pierwszy raz – wychodzą na scenę i prezentują swoją pracę (jak w przypadku Krytyk Mówi, kiedy młodzi adepci krytyki wygłaszają prelekcję przed danym filmem) lub dziękują za wygraną. W konkursie na prelekcję, prowadzący mają szansę zaprezentować nie tylko wiedzę merytoryczną, lecz także (a może przede wszystkim?) charyzmę i osobowość. Konkursy kuszą konfrontacją i nagrodami, które z roku na rok są coraz bardziej cenne. W tym roku dołączyła do nich jeszcze jedna niespodzianka. Ot, dość spontanicznie, na scenę weszła Anna Wróblewska, Rzecznik Prasowy Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, która poinformowała o przyznaniu laureatom konkursów akredytacji na 43.FPFF.

Towarzyszące filmom dyskusje są nieodłącznym elementem programu, w którym zawsze znajdą się ciekawe panele i warsztaty. Tegoroczne propozycje to m.in.: (Post)krytyka czy krytyka w postach; VOD vs kino. O geopolityce w dystrybucji; Promocja: filmy, których nie ma czy Kurs na trend: inwazja na Chiny. Równie dużym zainteresowaniem cieszyły się warsztaty: z teledysków lub z programowania festiwali. Wszystkie poszczególne punkty harmonogramu cechuje wysoki poziom, gwarantowany przez świetnych prowadzących z branży, ekspertów (wśród nich: Joanna Łapińska, Jagoda Murczyńska, Łukasz Maciejewski, Artur Majer) oraz swobodny wstęp na wydarzenia (za okazaniem naprawdę niedrogiej akredytacji).

Edukacyjną wartość festiwalu zapowiedziano już na Gali Otwarcia. W trakcie niej prowadzący Patryk Steczek oraz Agata Gwizdała przeprowadzili Wielki test o Łodzi filmowej. Udział w nim wzięła cała obecna na sali publiczność (która głosowała za pomocą kolorowych kartek). Natomiast bezpośrednio konkurowali ze sobą przedstawiciele: łódzkich producentów filmowych, dziennikarzy, krytyków filmowych, instytucji, partnerów festiwalu oraz studentów filmoznawstwa Uniwersytetu Łódzkiego. Rywalizacyjną atmosferę dodatkowo podgrzewała świadomość, że galę na żywo transmitowano na antenie Radia Łódź.

Między pytaniami wyświetlano krótkie filmy, prezentujące sondę uliczną przeprowadzoną wśród Łodzian. Padły pytania o filmowe dziedzictwo miasta: miejsce pomnika Kota Filemona, ilość Oskarów dla łódzkich produkcji, Aleję Gwiazd. Niestety, wiedza mieszkańców na ten temat okazała się bardzo niewielka. O ile jestem w stanie zrozumieć lukę związaną z konkretnymi danymi (nie każdy przecież śledzi coroczną galę rozdania Oskarów i kojarzy poszczególne roczniki), o tyle smuci brak ogólnego pojęcia o walorach filmowej Łodzi (Co to jest Aleja Gwiazd? Jakie bajki powstały w Łodzi? Naprawdę tego nie wiemy!?). Gdyby spytać krakowianina, gdzie leży Smok Wawelski i z czym jest kojarzony lub w jakiej dziedzinie Kraków ma tytuł miasta UNESCO, to myślę, że odpowiedział by coś więcej niż najprostsze „nie wiem”.

Łodzianie, szanujmy swoje wartości i dziedzictwo filmowe, dbajmy o nie, bo jest tylko jedno. Wyjątkowe na całą Polskę!

Troski na szczęście można było szybko ukoić, dzięki współpracy festiwalu z łódzkimi lokalami (smaczne jedzenie lekarstwem na wszystko). Przed Dużą Salą na gości czekała pyszna kawa od Quba Caffe. Natomiast w tym roku zniżki mogliśmy znaleźć w restauracjach na ulicy Traugutta, tworzącej gastronomiczny konglomerat przy Piotrkowskiej. A w menu: wegańskie burgery w Papu Vege, Pad Thai w Stacja Street Food, pomidorowe tagliatelle w Restauracji Motywy i inne. Wszystko, czego artystyczna (głodna!) dusza zapragnie. Bliskość lokali, bogaty wybór i ceny zdecydowanie wpływają na pozytywny wizerunek festiwalu. Dziękujemy za ukojenie duszy i ciała.

Na czym zatem polega sukces Kamery Akcji? Na tym, że od każdej strony jest najlepsza. Świetny program, kameralna atmosfera, merytoryczne spotkania, wybitni eksperci, smaczne propozycje kulinarne – to wszystko składa się na wartość festiwalu. A ten – trzeba przyznać – nie ma sobie równych.

PS. W tym roku współpracowałam z festiwalem będąc w sekcji prasowej. Na stronie festiwalu możecie przeczytać moje teksty:
Relację z Gali Otwarcia
Artykuł o filmie „Soyer” (reż. Łukasz Barczyk)
O funkcji producenta w filmie dokumentalnym
O rynku filmowym w Chinach

Jak zawsze, zapraszam do galerii zdjęć na Facebooku:

https://www.facebook.com/pg/pufilmfestival/photos/?tab=album&album_id=1272928012811143

.

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale polskie | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W stronę branży, Montaż Film Festiwal 13-14 października 2017, Łódź

Montaż Film Festiwal to zaledwie dwudniowa, niewielka i młoda impreza poświęcona postprodukcji filmowej. Ale młodość to również odwaga i ambicje, by sięgać po więcej.

W tym roku festiwal o sztuce montażu przeniesiono do ulubionego przez artystów Art_Inkubatora , gdzie chętnie organizuje się kulturalne (i hipsterskie) imprezy. Rzeczywiście, przestrzeń na ulicy Tymienieckiego 3 w Łodzi spełnia wymagania festiwalowych bywalców: jest położona blisko centrum, posiada salę kinową, duże foyer, uposażony w przekąski bar oraz zachwyca industrialnym, czerwono-ceglanym wnętrzem. Krótka impreza to wręcz za mało, by wykorzystać w pełni potencjał Art_Inkubatora, ale jednocześnie strzał w dziesiątkę dla młodego wydarzenia, nakierowanego w szczególności na promocję samego siebie. Montaż Film Festiwal to w końcu bezpłatne wejścia na filmy i wydarzenia, paradoksalnie, bo przecież postprodukcja z „darmochą” się nie kojarzy.

Organizatorzy festiwalu kierują imprezę przede wszystkim do widza młodego, zainteresowanego tematem postprodukcji, bądź stawiającego już pierwsze kroki w tej dziedzinie. W programie znalazło się wszystko, co zainteresuje tego odbiorcę: filmy (wyselekcjonowane pod kątem montażu), dyskusja z twórcą (w tym roku zaproszono Dominika Jagodzińskiego, montażystę filmu „Beksińscy – album wideofoniczny”), prezentację narzędzi pracy montażysty (prezentacja technologiczna oprogramowania AVID). Propozycją nadrzędną były natomiast konkursy (w tegorocznej edycji aż cztery: za montaż filmu fabularnego, filmu dokumentalnego, trailera i teledysku), za które laureaci otrzymali Złote Nożyce. Trzeba przyznać, że projekcje były intensywne i zawierały sporo dobrego materiału. Pełną listę zwycięzców tegorocznej edycji możecie znaleźć tu:http://montazfilmfestiwal.pl/zwyciezcy/

Nagrody

Ciekawe jest, że Łódź, choć filmowa, w dziedzinie postprodukcji do zaoferowania ma niewiele. Warszawa przewyższa ją swoją ofertą, ilością twórców oraz zapleczem technologicznym. Niemalże pewne jest, że studenci Szkoły Filmowej w Łodzi, prędzej lub później, trafią do stolicy. Organizowanie więc festiwalu dedykowanego montażystom 120 kilometrów od tego miasta jest ryzykownym przedsięwzięciem, gdy w perspektywie większość gości i tak tam mieszka lub pracuje. I właśnie stamtąd do Łodzi przyjedzie. Atrakcyjna formuła programu jednak ich przyciąga.

W tym roku nie do końca udane okazało się spotkanie poświęcone postprodukcyjnemu case study filmu „Photon” w reżyserii Normana Leto. Prowadzących zdemotywowała ilość obecnych osób na sali, które obejrzało tytułowy film. Okazało się, że były to tylko 2 osoby, co wpłynęło na dalszą część spotkania. Pokazanie minutowego spotu typu making of „Photon” też nie wyczerpało tematu. Rozmowa zeszła na boczne tory i dyskutowano o pracy grafika i montażysty w studiu postprodukcyjnym w ogóle. Takiej niezręczności można było uniknąć poprzedzając spotkanie projekcją filmu. Rozumiem jednak, że z różnych przyczyn takie założenie nie mogło zostać zrealizowanie przez organizatorów. Pokazuje to, jak ważne jest precyzyjne programowanie festiwalu i zabezpieczenie, by uczestnicy dyskusji znali omawiany materiał.

Program

Program

Ambicje organizatorów są duże – widoczne jest, że twórcy imprezy wzorują się na Festiwalu Autorów Sztuki Zdjęć Filmowych Camerimage i tak jak bydgoski festiwal, pragną pokazać montażystę jako artystę-rzemieślnika, łączącego w sobie wiele umiejętności. Do niego właśnie kierują większość wydarzeń, by stwarzać mu atrakcyjne środowisko towarzysko-zawodowe i by młody twórca dorastał razem z festiwalem. Cóż, droga daleka, ale słuszna. Wartość Camerimage budowano 25 lat, a jego historia nosi znamiona wzlotów i upadków (jak choćby dwukrotne przenoszenie do innego miasta, kontrowersje wokół konfliktu z władzami Łodzi), które – koniec końców – podbudowały markę bydgoskiego festiwalu. Nie życzę organizatorom MFF żadnych konfliktów, wręcz przeciwnie – życzę wytrwałości w budowaniu swojej polityki. Bo MFF zyskuje popularność poza swoim miastem, a na wydarzenie zjeżdżają się uczestnicy z Warszawy. Nieprzyjazne festiwalom czasy w Łodzi minęły na dobre, co stwarza grunt pod budowanie stabilnej relacji z władzami miasta. Możliwe, że dzięki temu festiwal zostanie w Łodzi już na zawsze.

Zobaczcie galerię zdjęć na Facebooku! MMF w obiektywie młodego fotografa, Alexa!

https://www.facebook.com/pg/pufilmfestival/photos/?tab=album&album_id=1266078203496124

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale polskie | Otagowano | Dodaj komentarz

Festiwal Transatlantyk w Łodzi, 14-21 lipca 2017 roku

Tegoroczny Festiwal Transatlantyk w Łodzi zorganizowano szumnie pod hasłem Siła Kobiety. Na Gali Otwarcia zjawiło się wielu artystów, podczas Kina Kulinarnego gotowali wybitni kucharze, w kinach wyświetlono filmy z najlepszych festiwali, wreszcie – zakończenie uświetniono obecnością aktora Edwarda Nortona. Wszystko super, tylko… Dlaczego Łodzianie nadal nie chcą wejść na pokład Transatlantyku?

Zadomowienie

W tegorocznej edycji Transatlantyku, drugiej w Łodzi, dało się dostrzec bardziej śmiałe zagarnięcie przestrzeni miejskiej. W wielu zakątkach Łodzi widniały bilbordy; w Pasażu Schillera rozstawiono kino łóżkowe (Łóżkotekę) – cieszące się ogromną popularnością widzów; przed Pasażem, od strony ulicy Piotrkowskiej, zaaranżowano miejsce dla kawiarni/baru z codziennym menu; festiwalowy klub Spaleni Slońcem na OFF Piotrkowskiej przyozdobiono zawieszkami z logo festiwalu; ulotki i programy dosłownie unosiły się w powietrzu, wiedzione lipcowym podmuchem wiatru. Dzięki temu czuć było atmosferę festiwalową, w świadomości przechodnia ulicy Piotrkowskiej wgryzał się fakt, że oto obok dzieją się ciekawe wydarzenia kulturalne.

Istotną zmianą, w porównaniu z rokiem poprzednim, było przeniesienie centrum festiwalowego z Kina Helios do Multikina Silver Screen, które znajduje się w sercu miasta. Tam odbywały się wszystkie seanse, ale istotnymi miejscami były też EC1 Miasto Kultury, ulica Piotrkowska, Muzeum Kinematografii, Teatr Nowy i Teatr Wielki. Wszystko, na szczęście, w bliskich od siebie odległościach, co gwarantowało uczestnikom możliwość uczestniczenia w kilku wydarzeniach w ciągu dnia. Z budynkiem EC1 jest też tak, że Transatlantyk oswoił tą nową na mapie Łodzi przestrzeń – to znaczy udostępnił ją dla ludzi z zewnątrz. W czasie festiwalu w EC1 odbywały się pokazy filmowe, warsztaty edukacyjne, a także Kino Kulinarne i bankiety, które w postindustrialnych, łódzkich wnętrzach wypadały wręcz przepysznie. Wieczory wieńczyły spotkania w klubie Spaleni Słońcem, który osobiście uważam za jeden z lepszych pubów w Łodzi.

Należy zaznaczyć, że twórcy festiwalu, dużego przedsięwzięcia na skalę Polski pod względem finansowo-organizacyjnym, rozpoczęli współpracę z mniejszymi partnerami, których wydarzenia mają już stałą pozycję w łódzkim kalendarzu. Mam na myśli tutaj ekipę z Festiwalu Kamera Akcja, która poprowadziła spotkanie o krytyce filmowej i wręczała nagrodę, oraz Fotofestiwal, którego tegoroczna sekcja filmowa znalazła ponowny wydźwięk w sekcji Docs Transatlantyku. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie długodystansowa i owocna dla wszystkich. Poza tym, o czym rzadko się wspomina, Fundacja Transatlantyku aktywnie działa cały rok i finansuje mniejsze projekty kulturalne (np. poprzez Mikrogranty).

Siła kobiety i urok Nortona

Transatlantyk w 2016 roku poczynił zmiany wewnątrzorganizacyjne i jego Dyrektorem Artystycznym została Joanna Łapińska, wcześniej współpracująca z Festiwalem Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Zmiana, jak przekonywali organizatorzy, miała służyć uproszczeniu sekcji filmowych oraz kontynuacji idei festiwalu sprowadzającego do Łodzi światowe kino artystyczne. Efekt? Rzeczywiście, program stał się czytelny i sekcje były konsekwentnie przypisane do poszczególnych sal kinowych. W sekcji Panorama pojawiły się najbardziej warte uwagi filmy 2017 roku, pokazywane na wielu światowych i prestiżowych festiwalach (Dunkierka Ch. Nolana, Lato 1993 C. Simony, Nocne życie B. Afflecka, Pięćdziesiąt wiosen Aurory B. Lenoir i inne), Docs (wśród nich dokumenty Beksińscy. Album wideofoniczny M. Borchardta czy Whitney: być sobą? N. Broomfielda i R. Dolezal), konkurs polskich krótkich metraży, debiuty mistrzów i aż trzy zbliżenia: na twórczość Lucrecii Martel, Barbary Sass i Edwarda Nortona. Obok nich jeszcze – Kino klasy b i inne szaleństwa, Łóżkoteka i Kino Kulinarne. Było więc w czym wybierać, a programerzy festiwalu zafundowali nam aż 55 premier. Sowicie wypełniony program rzeczywiście opiewał w warte uwagi tytuły, jak Lato 1993 czy Ciambra J. Carpignano, ale zdarzały się też filmy słabsze (dla mnie Intruz L. di Costanzo czy Casting N. Wackerbartha).

Tak czy inaczej, uważam że konsekwentnie realizowano program pod egidą głównego hasła Siła Kobiety, które, w przeciwieństwie do neonowych sloganów, subtelnie przyświecało każdej projekcji. Nie każdy film poruszał temat kobiet (jak choćby wspomniany powyżej Ciambra, który dotyczy świata przede wszystkim męskiego), nie w każdym odnajdywano mocne role kobiece. Prowadzi to do wniosku, że psychologicznie przemyślanych, pełnokrwistych i ważnych ról kobiecych rodem z filmów Margarethe von Trotty jest ciągle za mało i dobrze, że festiwale o takiej renomie zwracają uwagę na tę problematykę. W tegorocznej edycji nie znalazłam ulubionej bohaterki, natomiast świetną i przenikliwą rolę dziewczęcą zbudowano w Lato 1993 (Laia Artigas jako główna bohaterka, Fida).

Twórcy festiwalu z pewnością zasługują na laury wdzięczności za zaproszenie światowej sławy aktora Edwarda Nortona i organizacji spotkania z jego udziałem (1000 bezpłatnych wejściówek na to wydarzenie rozeszło się w… 3 minuty!). Ludzie przyjechali z całej Polski, by móc uczestniczyć w spotkaniu, obok mnie siedziała dziewczyna choćby z Gdańska. Master class z udziałem aktora odbyło się w Teatrze Wielkim w Łodzi i organizacyjnie, z wyjątkiem lekkiego opóźnienia, odbyło się bez zarzutu. Bardzo dobrym pomysłem było zaoferowanie dziennikarzom możliwości fotografowania i rejestrowania spotkania przez pierwsze 15 minut. Po tym czasie odgłos migawek ucichł. Po długiej rozmowie prowadzącego, Michała Oleszczyka, z Edwardem Nortonem, publiczność miała szansę bezpośrednio zadać pytanie aktorowi. Z widowni padło około pięciu pytań, na które gość udzielił wyczerpującej odpowiedzi. Ponad dwugodzinne spotkanie zakończyło się wielkimi i zasłużonymi oklaskami dla Nortona. Zagorzali fani, w tym ja, czekali jeszcze na wyjście aktora z teatru – nikomu nie udało się otrzymać autografu, ze względu na pośpiech gościa, ale Edward serdecznie nam pomachał.

Edward Norton

Edward Norton

Kurtyna w górę!

Transatlantyk rozpoczęto huczną Galą Otwarcia w Teatrze Wielkim, na której Dyrektor PISFu Magdalena Sroka, przekonywała, że kino polskie żarzy się energią kobiet, zaś Prezydent Łodzi, Hanna Zdanowska, potwierdziła, że Łódź jest kobietą. Zgrabne metafory słowne nawiązywały do hasła przewodniego festiwalu, które stało się nie tylko mottem artystycznym, ale też społeczno-politycznym. Galę Otwarcia poprowadził Dyrektor Festiwalu, Jan A. P. Kaczmarek, a wyreżyserowała Maria Sadowska, która poprowadziła też jeden z punktów programu. Gala aż wrzała od energii płci pięknej – uświetniono ją koncertem orkiestry symfonicznej Transatlantyk Symphony Orchestra pod batutą charyzmatycznej dyrygent Moniki Wolińskiej. W muzycznej podróży towarzyszyli grupa czterech świetnych perkusistek oraz chór Vivid Singers. Najważniejszym punktem programu było Wielkie Czytanie Kobiet, w czasie którego Marysia Sadowska, Joanna Kos Krauze, Zofia Wichłacz, Joanna Klimas, Agnieszka Żulewska, Justyna Wasilewska, Katarzyna Herman, Katarzyna Bonda i Sylwia Chutnik czytały fragmenty książek światowych pisarek. Niektóre zdania zapadały w pamięć, w tym jedno, powtarzane niczym mantra, „nikt nie rodzi się kobietą, każdy rodzi się człowiekiem”, jednak większość była po prostu niesłyszalna i momentami niezrozumiała. Dziwią te niedociągnięcia, gdy większość występujących to zawodowe aktorki. Dodatkowym utrudnieniem estetycznym był, w mojej opinii, zbędny ruch sceniczny, przejścia i rozwijanie szarf. I choć akompaniament muzyczny wypełniający przerwy pomiędzy czytaniem bezinwazyjnie wpłynął na odbiór, to całość pozostawiła mnie z myślą, że – jednak – wspólne czytanie powinno odbywać się w wielkim skupieniu.

Galę zamknięcia potraktowano już z mniejszym rozmachem. Poprowadzili ją ponownie Dyrektor Festiwalu oraz Marysia Sadowska, repertuar muzyczny zapewnił zespół Kwadrofonik. W czasie gali rozdano nagrody, a gościem specjalnym był również Edward Norton, który uraczył publiczność dłuższym wystąpieniem i podnoszącą na duchu przemową o roli sztuki w społeczeństwie. Szczególne zainteresowanie publiczności wzbudziła „sztafeta”, w której wystąpili uczestnicy konkursów kompozytorskich. Sztafeta polegała na graniu przez każdego muzyka akompaniamentu do krótkometrażowego filmu animowanego. Młodzi adepci muzyki zmieniali się bezproblemowo co trzy minuty i świetnie dostosowywali dynamikę gry do aktualnej emocji na ekranie. Wszyscy zostali nagrodzeni gromkimi brawami, a na twarzach publiczności malował się wyraźny podziw, co również daje impuls do myślenia o dalszej drodze festiwalu.

Gala w Teatrze Wielkim

Gala w Teatrze Wielkim

Wracając do pytania pierwszego, dlaczego wobec Transatlantyku powstają różnorodne zarzuty – odpowiedź jest z pozoru tylko prosta. Kontrowersje wzbudziło ogromne dofinansowanie z Urzędu Miasta Łodzi, dla którego Fundacja Transatlantyku przeniosła siedzibę i festiwal z Poznania właśnie do centrum Polski. Wobec tego powstają oczekiwania i złośliwości mieszkańców, a ich weryfikacja jest zero-jedynkowa: teraz albo nigdy. Spokojnie, chce się rzec. Już na przestrzeni dwóch edycji widać ogromną zmianę na lepsze i myślę, że tegoroczni goście udowodnili, że Transatlantyk warto zatrzymać w Łodzi. Choć czasami na salach kinowych prześwitywały pustki, to w zamian na wydarzenia dodatkowe uczęszczały tłumy – na Łóżkotekę zabrakło biletów jeszcze przed oficjalnym otwarciem, na spotkania kulinarne dedykowane dzieciom nie było już biletów, a na warsztaty „Siła kobiety – mocne i słabe strony” obowiązywała lista rezerwowa. I to są już sukcesy.

Co z tą muzyką?

„Transatlantyk Festival w Łodzi to artystyczna platforma, która poprzez muzykę i film tworzy silniejsze związki między społeczeństwem, sztuką i środowiskiem, inspiruje dyskusje na aktualne tematy społeczne.” – czytamy na oficjalnej stronie internetowej. Rzeczywiście, organizatorzy nie boją się podejmować dyskusji, ryzykować, integrować, sprawdzać. W tegorocznej edycji zabrakło mi jednak muzyki. Jak to możliwe? W programie znalazł się przecież i koncert Jeana-Michaela Bernarda, francuskiego kompozytora, i spotkanie z Janem A. P. Kaczmarkiem. Ale w całym tym filmowym zgiełku, brakuje mi branżowości i ukierunkowania właśnie w stronę kompozytorów filmowych. Niestety, konkursy kompozytorskie odbywają się z samego rana, co nie daje szansy na uczestnictwo w nich osobom pracującym (słuchaczom, oczywiście). Być może, zamiast warsztatów dedykowanych producentom i dystrybutorom (tegoroczny Lodołamacz), warto wykorzystać autorytet Dyrektora Transatlantyku, zdobywcy Oskara za muzykę, i pokusić się o organizację kursu dedykowanego kompozytorom filmowym. Z pewnością, byłyby to jedyne tego typu warsztaty odbywające się na festiwalu filmowym na arenie Polski. Wzmocnienie akcentu „kompozytorskiego” skutkowałoby również wyróżnieniem Transatlantyku na tle innych, równie i bardziej prestiżowych festiwali polskich oferujących widzom współczesne kino artystyczne.

***

Festiwal Transatlantyk trwał od 14 do 21 lipca 2017 roku w Łodzi. Oczywiście, nie wszystko jest jeszcze precyzyjnie dopracowane, ale Transatlantyk jest przecież festiwalem młodym. Zarówno organizatorzy festiwalu, jak i samo miasto, mają wiele do zaoferowania uczestnikom z Polski i zza granicy. Czas na dokładną weryfikację efektów przyjdzie być może na dziesięciolecie.

Galerię djęć z Festiwalu Transatlantyk znajdziecie na Facebooku:
https://www.facebook.com/pg/pufilmfestival/photos/?tab=album&album_id=1216755058428439

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale polskie | Otagowano , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Festiwal Filmów Kultowych w Gdańsku, 9-17 czerwca 2017 – popkulturowy rytuał

Gdy w lutym przeczytałam informację o przeniesieniu Festiwalu Filmów Kultowych z Katowic do Gdańska, pomyślałam, że takie rzeczy przecież się zdarzają. Festiwale przeprowadzają się do innych kin, sąsiednich miast, zmieniają dyrektorów, daty. Ale decyzja, by przenieść go o 500 kilometrów dalej i powołać nowego dyrektora – na raz – to ryzykowana zagrywka. Cóż, do odważnych świat należy.

Na FFK byłam po raz pierwszy, cieszyłam się więc, że będę uczestniczyć w jubileuszowej, 20-stej edycji festiwalu, ale tej pierwszej w Gdańsku. Jako Łodziankę moją uwagę od razu przyciągnęła Ulica Elektryków – serce festiwalu. Postindustrialne miejsce w otoczeniu stoczniowych żurawi, gdzie, na przemian, słychać skrzek mew, odgłosy metalowych rusztowań i gwarny śmiech festiwalowiczów. Biorę głęboki oddech – porządna dawka jodu przyjemnie uderza w nozdrza – i biegnę na projekcje.

FFK - plakat

Kino – seans – rytuał

Rezygnacja z kina studyjnego na rzecz seansów w dawnych wnętrzach stoczni była bardzo trafionym pomysłem organizatorów festiwalu. Pokazy odbywały się w starych halach B64, B90, W4, w Europejskim Centrum Solidarności, które znajduje się bardzo blisko stoczni, oraz na świeżym powietrzu na Ulicy Elektryków czy na złomowisku. Czerwcowe wieczory, choć jeszcze chłodne, przyjemnie pozwalają oddać się klimatowi filmu. Te festiwalowe noce uświadomiły mi, że po raz pierwszy przyjechałam tak daleką drogę nie na film, ale właśnie do kina. Jeśli rytuał uznamy za pewną praktykę opartą na konwenansach, mającą na celu dążenie do kolektywnego, duchowego doświadczenia, to Festiwal Filmów Kultowych traktuje sztukę filmową właśnie jako zaproszenie do wspólnego przeżycia seansu. Kinomaniacy, kolekcjonerzy czy filmoznawcy bardzo dobrze znają pozycje z repertuaru serwowanego przez programerów FFK. Rozkoszowanie się wybrykami X Muzy w luźnej atmosferze, wypełnionej błyskawiczną i szczerą reakcją widowni, sprawia, że uczestnik szybko przywiązuje się do klimatu imprezy. Współczesne kino ma wiele odmian – nie ma tej jednej, najwłaściwszej, to nie polityka. Filmy komercyjne mają solidny fundament teoretyczny, tak samo jak kino arthouse’owe, a jako miłośnicy kinematografii zgadzamy się z tym, choć często polemizujemy. Seans przeżyty w ciszy i w skupieniu ma podobne właściwości rytualne, jak ten, podczas którego słychać błyskotliwe komentarze, wiwaty czy śmiech publiczności. Po jednym wychodzimy z poczuciem katharsis czy namacalności sacrum, po drugim – pełni rozluźnienia i pozytywnej energii. Natomiast podczas klasycznego „seansu w kinie” zachodzi odarcie z indywidualności jego uczestników (gdy idziemy do kina, wszyscy stajemy się po prostu widzami, tłumem oglądającym ten sam film wedle obowiązujących konwenansów). Odnoszę wrażenie, że w czasie Festiwalu Filmów Kultowych następuje re-personifikacja jego uczestników, poprzez odejście od pewnych ogólnie przyjętych zasad, bez zatracenia głównego celu – bezpośredniej konfrontacji widza z filmem. Ważne są komunikacja, poczucie nawiązania wspólnoty, wymiana energii, jakkolwiek metafizycznie to brzmi. Tak ma być!

Hala B90, Stoczniuj Leżakuj Dokuj

Hala B90, Stoczniuj Leżakuj Dokuj

Nieskończoność kontekstów filmowych

Wyrażam podziw dla programerów festiwalu, ponieważ – umówmy się – tych naprawdę kultowych pozycji nie powstało aż tak znowu wiele. Mogę się tylko domyślać, ile z nich już pokazano na poprzednich dziewiętnastu edycjach. A jednak – festiwal zaskoczył mnie odkryciami i cieszył się sporą frekwencją, nawet podczas projekcji filmów bardzo popularnych. Jest to też zasługą włączenia do programu produkcji kinowych „klasy B”. W cyklu Gatunkowe Inspiracje znalazły się takie pozycje, jak Różowe Flamingi czy Drive. Obok starszych produkcji zaprezentowano również kilka nowszych: Montażystę, Oślizgłego Dusiciela czy Duke of Burgundy. Cykl Nastolatki wypełniły takie tytuły, jak kultowa Carrie, Lody na patyku czy W zakolu rzeki. W Najgorszych Filmach Świata (same tytuły mówią za siebie): Mózg, który nie może umrzeć, Niezwykły dwugłowy przeszczep, Blacula. Szczerze mówiąc byłam przekonana, że The room również należy do tego cyklu, ale nie – był niezależnym seansem i pozostanie to dla mnie programową zagwozdką.

Szczególnie interesująco wypadł cykl Miasto Nocą, a w nim (ponownie) Drive, The Warriors, Terminator, bardzo dobry He walked by night w reż. Alfreda L. Werkera z 1948 roku i inne. Miasta – tylko dla mnie – są źródłem wielu inspiracji, ciekawych ludzi, dynamicznej przemiany materii. Uchwycone w kadrze nabierają legendarnego wręcz wymiaru, odkrywają nieznane zakamarki, ich fragmenty mogą zmienić cały wizerunek. Cykl odsłonił przed widzami ciekawe, mniej znane filmy, które podkreśliły niekończącą się możliwość eksploatacji motywu-miasta.

Właśnie dzięki takim zabiegom filmy, stare i kultowe, żyją w reinterpretacjach, w wyszukanych zestawieniach, są odkrywane na nowo, od zupełnie innej strony. Te programowe zabiegi filmowym erudytom poszerzają horyzonty, amatorom zaś – dają szansę na (legalne) sięganie do źródeł.

Kultowe filmy, legendarni goście

The last but not least – chciałoby się napisać. Pod koniec festiwalu, ku uciesze uczestników, pojawiła się na Facebooku informacja o dodatkowym seansie z udziałem gościa – lektora, Tomasza Knapika. Po udanej projekcji Samurai Cop, tym razem legendarny głos mogliśmy usłyszeć w czasie projekcji The room. Podczas filmu, to właśnie Knapik czytał na żywo listę dialogową. Knapika, choć nie każdy kojarzy z nazwiska czy z wyglądu, należy uznać za jeden z najbardziej rozpoznawalnych głosów polskiej telewizji. Usłyszeć na żywo – to prawdziwa uczta! Film cieszy się niezwykle złą famą i rozpoznawalny lektor jeszcze bardziej podkreśla fatalny popis reżyserski Tommy’ego Wiseau. Efekt? Śmiech do rozpuku, ból przepony i oklaski na stojąco – dla Knapika i organizatorów. Dla mnie – jeden z najlepszych pokazów filmowych w ogóle na jakim byłam, a film przecież najgorszy z możliwych!

The room był ostatnim seansem zamykającym całodniowy program festiwalu. Świetnym pomysłem było wyczytanie nazwisk organizatorów, programerów, techników, pomocników FFK przez Tomasza Knapika – to oni, tak jak artyści w filmie, są sprawcami naszych wrażeń i emocji w czasie festiwalu. To wszystko przez nich – cały ten ukochany, festiwalowy zgiełk! A potem – powrót do domu. Ot, zderzenie z profanum.

***

Choć droga do Gdańska daleka z południa czy nawet z centrum Polski, na Festiwal Filmów Kultowych chce się wracać – po prostu, na dobry seans. Można zapomnieć, że przepłaciło się za bilet, na jaki film się idzie, ba – nazwisko reżysera czy sam tytuł filmu, ale wierzcie mi – takich przeżyć i emocji się nie zapomina. I, niestety, nie zawsze można je powtórzyć. Jedzcie na FFK za rok i sami sprawdźcie, czy mam rację.

Ps. O tym, jak i dlaczego FFK przeniosło się do Gdańska przeczytacie tu:
PISF – FFK przenosi się do Gdańska
GW – FFK przenosi się do Gdańska

Zaszufladkowano do kategorii Festiwale polskie | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Festiwal Anima w Brukseli

Bruksela to europejskie zagłębie komiksu, zaś Łodzianie graffitti mogliby się uczyć właśnie od Belgów. W okolicach budynków najwyższych instytucji europejskich, z czego Bruksela przecież słynie, można znaleźć wiele zabawnych, refleksyjnych i – przede wszystkim – perfekcyjnie wykonanych murali. W takiej aurze, brukselski festiwal dedykowany filmom animowanym po prostu „siada”.

Flagey, frytki i kino

Festiwal Anima, czyli The Brussels Animation Film Festival, odbywa się co roku w centrum kulturalnym Flagey. Flagey to także ruchliwy plac, przy którym znajduje się kino, mnóstwo sklepów, kawiarni i restauracji. Ja dodatkowo miałam szczęście trafić na sobotni lokalny rynek wypełniony belgijskimi specjałami, owocami morza i kwiatami. Mieszkańcy Brukseli radzą turystom, by belgijskie frytki kupować tylko w sprawdzonych miejscach. Ale jak znaleźć sprawdzone miejsce w przeciągu paru dni? Po kolejkach. Na Flagey znajdziecie budkę z świetnymi frytkami i z bardzo długą kolejką. Jak ją zobaczyłam po raz pierwszy, pomyślałam, że wrócę za godzinę. Po godzinie była jeszcze dłuższa.

Frytki na Placu Flagey

Sposób na rozpoznanie dobrego jedzenia, jest też sposobem na festiwal. Jak są kolejki po bilety, to znaczy, że warto tu być, a frekwencja na Animie nie rozczarowała. Formuła festiwalu zgrabnie łączy w sobie animacje skierowane do widza dorosłego, jak i te dla dzieci. Nie dziwi więc fakt, że w sobotę najliczniejszą widownią były rodziny z dziećmi. Centrum dodatkowo dostosowało swoją wewnętrzną infrastrukturę do klienta. W środku znajdywała się kawiarnia, DJ z muzyką, sklep festiwalowy (zaopatrzony głównie w filmy i książki), stoisko z naleśnikami (za 3 euro, ale następnego dnia kosztowały już 3,5) – czego tylko ciało zapragnie, gdy już nasyci się dusza. Postanowiłam się rozgościć.

Centrum Flagey

Program, przyznaję, sowicie wypełniony dobrymi pozycjami, niestety, dostosowany przede wszystkim do widza belgijskiego. Filmy wyświetlano w dwóch wersjach językowych – francuskiej i holenderskiej, filmy z angielskimi napisami pokazywano dopiero późnym południem. Również wiele wydarzeń branżowych odbywało się w języku francuskim, bez tłumaczenia na język angielski. Przed siedemnastą nie było sensu przychodzić na film. Do kina natomiast tak, ponieważ wejściówkę należało odebrać wcześniej, jeśli jeszcze była. Nie należy mieć pretensji, wszak festiwal w swojej nazwie wyraźnie podkreśla krajowe ukierunkowanie na widza.

Anima - plakaty

Jeśli film animowany, to najlepszy

W programie znalazło się kilka Oskarowych nominacji – Mam na imię Cukinia (gdzie w kuluarach szeptano, że to Oskarowy pewniak), The red turtle, Vaiana (Oskar 2017 dla filmu animowanego) oraz takie produkcje jak Sausage Party czy Lego Batman. Obok bloku konkursowego krótkich metraży (Best of Shorts), znalazło się miejsce dla rodzimych produkcji It’s Belgian. Mnie szczególnie zainteresowało Gusto Italiano, czyli panorama animacji krótkometrażowych ze słonecznej Italii.

Anima - na scenie

O filmach napiszę krótko. Tylko część z nich zapada w pamięć ze względu na historię lub formę realizacji. Dla mnie zagadkowym filmem była bułgarska animacja Travelling country Ivana Bogdanova, ze względu na obraz przemocy i nawiązanie do narodowej metaforyki Bułgarii (poprzez wykorzystany motyw konia). Widzowie z kolei nagrodzili Blind Vaysha Theodore’a Usheva, animację krótkometrażową nominowaną do tegorocznego Oskara. Historia skupia się na pięknej dziewczynie o imieniu Vaysha, o której rękę stara się wielu mężczyzn. Dziewczyna jednak cierpi na przypadłość, na skutek której na jedno oko widzi tylko przeszłość, na drugie zaś przyszłość. Zrealizowana w stonowanej kolorystyce brązów, beżu, historia niczym piaskiem malowana, wzrusza i angażuje widza. Warto jeszcze wspomnieć o surrealistycznym Love, które zrealizowała Réka Bucsi – to, najprościej pisząc, historia łączenia się w pary przez gatunki zamieszkujące pewną planetę.

Jury postanowiło wyróżnić Nagrodą Specjalną hiszpańską animację wyreżyserowaną przez Alberto Vazqueza Decorado. Czarno-biały, autotematyczny obraz nawiązujący do schizofrenicznej wizji świata zaplanowanego, na który pojedyncza jednostka nie ma wpływu, nie był moim faworytem, ale trzeba przyznać, że humor przypadł do gustu widowni siedzącej na sali. To z Decorado szczególnie zapada w pamięć obraz „syreny” – kobiety o ludzkich nogach i głowie ryby.

O nagrodzonych filmach, przeczytacie tutaj:
Filmy nagrodzone na festiwalu

Ja swoje faworyty odnalazłam w panoramie animacji włoskich. Czarno-biała produkcja Confino Nico Bonomolo to połączenie historii Latarnika Sienkiewicza i Cinema Paradiso Tornatore. Aktor, na skutek niefortunnego żartu politycznego, zostaje wywieziony na wyspę, na której ma pełnić służbę latarnika. Gdy lampa zatrzymuje się na chwilę, on upatruje w tym szansę do artystycznej ekspresji. Drugą animacją była również mocno autotematyczna produkcja Ossa w reżyserii Dario Imbrogno – to próba podejrzenia drewnianej lalki w czasie ćwiczeń choreograficznych, w czasie których towarzyszy jej lampa, aparat i ludzka ręka.

Polskie akcenty

W sekcjach konkursowych znalazły się też rodzime produkcje, przede wszystkim nagradzana już animacja Renaty Gąsiorowskiej Cipka. Obok niej, Belgowie mieli również szansę zobaczyć: Gyros Dance (reż. Piotr Loc i Hoan Ngoc), Wyjdę z siebie (reż. Karolina Specht), Debiut (reż. Katarzyna Kijek), Kosmos (reż. Daria Kopiec) oraz Sprawę Moczarskiego (reż. Tomasz Śliwiński).

Jako ciekawostkę dodam, że w gazecie dystrybuowanej przez centrum kulturalne Flagey znalazłam obszerny artykuł o Andrzeju Wajdzie (w związku z wchodzącym na ekrany kin filmem Powidoki) oraz, ku miłemu zaskoczeniu, informację o retrospektywie filmów Waleriana Borowczyka.

Gazeta

Artysta i rzemieślnik

Życie festiwalowe kwitło w głównej mierze w kinowym foyer – gdzie czas umilała muzyka i lawirujące neony. O ile osoby francuskojęzyczne szybko się poznawały (ponieważ stanowiły większość), to integracja osób anglojęzycznych przebiegała we własnym zakresie.
Tym razem, zamiast uskuteczniać integrację, postanowiłam wyruszyć poza granice placu Flagey – w końcu do godziny 17, zanim zaczynały się produkcje z angielskimi napisami, miałam sporo czasu.
Krążąc po mieście, zrozumiałam frekwencyjny sukces festiwalu, na który przyjechałam. Wszak festiwal oprócz tradycyjnej promocji poprzez plakaty, informacje prasowe i internetowe, nie prowadził dodatkowej kampanii. A ludzie wręcz dobijali się na seanse. Belgowie – po prostu – lubią grafikę w każdej postaci. W mieście jest naprawdę dużo księgarni dedykowanych samemu komiksowi, ściany budynków pokrywają murale, w zasadzie każde miejsce na tę formę sztuki jest dobre – drzwi samochodowe, roleta okienna czy skrzynka elektryczna.

Murale w Brukseli

The Art Project

Druga sprawa to fakt, że w świadomości Belgów uznanie przyznaje się rzemieślnikom. Podkreślane jest to w wielu zabytkach miasta – na Grande Place każdy dom dedykowany jest określonemu zawodowi. Również na miejskim zegarze widnieją figury odpowiadające poszczególnym rzemieślnikom. To w Brukseli znajduje się jedno z najsłynniejszych muzeów poświęconych instrumentom muzycznym oraz sztuce ich tworzenia. Dowodzi to temu, że precyzja może być nie tylko szwajcarska.

Zegar

Brukselę dobrze się zwiedza przede wszystkim dlatego, że w mieście obowiązuje zasada – budynki stojące obok siebie mają być w tym samym stylu. Architektoniczny eklektyzm jest tam prawnie odrzucany. Dowiedziałam się również, że zabytkowej ruiny nigdy nie można zburzyć – należy zachować oryginalna fasadę i na jej bazie wyremontować lub zbudować od środka nowy budynek. Gdy znajdujemy się w dzielnicy nowoczesnej (głównie w okolicy ważniejszych siedzib europejskich), to czujemy ten industrializm na 360 stopni.

Modern art

Gdy wchodzimy w starszą dzielnicę, to wszystkie budynki nawiązują do tego stylu (dominującym stylem Brukseli jest Art Nouveau). Rzadko się zdarza, by za architektonicznym zabytkiem znalazła się modernistyczna bryła, choć są takie miejsca.

Anima i coś więcej
Festiwal Anima w Bruskeli dedykowany jest przede wszystkim francuskojęzycznym miłośnikom Animacji. Organizatorzy dbają o wysokiej jakości program wypełniony produkcjami, które znajdziemy też na polskich festiwalach, a nawet w polskich kinach. Festiwal warto odwiedzić, ponieważ jest on też dobrym pretekstem do zwiedzenia Brukseli, znanej głównie z siedziby Unii Europejskiej. A odnajdziemy w tym mieście znacznie więcej (wizualnej) przyjemności.

Zaszufladkowano do kategorii Akcja Animacja, Festiwale zagraniczne | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Gramy, maestro! – koncert Ennio Morricone w Krakowie

Kiedy odbywa się koncert niepodważalnego autorytetu muzyki filmowej, Ennio Morricone (2 Oscary, ponad 500 produkcji z jego muzyką w dorobku), oczekiwania są wysokie. Uciekłam z pracy, przejechałam 260 kilometrów po to, by posłuchać jego muzyki na żywo. Czy organizacja była na równie wysokim poziomie, co sama muzyka?

Tauron Arena w Krakowie wdzięcznie powitała kompozytora wyświetlając godzinę przed rozpoczęciem koncertu wielki napis: Witamy w Krakowie Maestro Morricone! Niczym latarnia morska dla przybywających, wskazywała gdzie media, melomani i miłośnicy klasyki filmowej powinni zwrócić swoją uwagę.

Pomimo korków przy wjeździe na teren Tauron Areny, ku mojemu zdziwieniu, sala nie była pełna. Na najwyższych (i najtańszych) rzędach znalazło się kilkadziesiąt wolnych miejsc. Z jednej strony, dziwiły te pustki na sali – co prawda, ostatni koncert Morricone w Polsce odbył się w 2016 roku, ale jest to światowej sławy i nieczęsty gość. Z drugiej jednak, koncert zaplanowany na poniedziałkowy wieczór był dedykowany głównie mieszkańcom Krakowa. Tylko prawdziwi pasjonaci mogą sobie pozwolić na długą podróż z innego miasta, by posłuchać dwugodzinnego koncertu, następnie wrócić do domu lub zostać w mieście korzystając z urlopu. Inna sprawa, to cena biletów, które do najtańszych nie należały. Ale to jest też kwestia priorytetów. W żaden sposób nie oceniam, wskazuję jedynie możliwe przyczyny braku maksymalnej frekwencji. Niewielkie pustki na sali nie zmniejszyły poziomu ekscytacji wśród publiczności, wręcz przeciwnie – atmosfera była podniosła, na twarzach widać było wsłuchane spojrzenia melomanów.

Koncert rozpoczął się punktualnie i wedle tradycji: wejściem chóru, wejściem orkiestry, następnie wejściem solistów. Na końcu gromkimi brawami przywitano kompozytora, który po ukłonie, rozpoczął dyrygowanie.

Bardzo dobrze zaplanowany muzyczny harmonogram trzymał w napięciu do samego końca. W programie pojawiły się utwory z filmów Giuseppe Tornatore (Cinema Paradiso), Sergio Leone (Dobry, zły i brzydki; Pewnego razu na dzikim zachodzie), Rolanda Joffe (Vatel, Misja) H2S, Miłosny krąg, Czerwony namiot oraz jednego z ostatnich filmów Nienawistna Ósemka Quentina Tarantino. Pod dyrygenturą maestro zagrała Czeska Narodowa Orkiesta Symfoniczna.

W muzycznej podróży Morricone wokalnie towarzyszyła Susanna Rigacci (włoska sopranistka szwedzkiego pochodzenia, rocznik 1960), wieloletnia muzyczna partnerka, z którą Morricone koncertował już wiele razy. Utwór L’estasi dell’oro (ang. The ecstasy of gold) w jej wykonaniu to prawdziwie muzyczna uczta, która obnaża geniusz Morricone w każdym aspekcie. Linia wokalna, orkiestra, chór – wszystkie elementy doskonale ze sobą współbrzmiały. Przyjemny muzyczny dreszcz, przypominający efekt szarpanej struny, przebiegał po plecach kilkukrotnie, z pewnością nie tylko moich. Lekkość, z jaką śpiewaczka osiągała wysokie tony oraz szczerość, z jaką śpiewała, są godne uznania – nie było w tym nic z narcyzmu czy poklasku, jedynie czyste, pełne dźwięki.

Koncert E. Morricone

Król jest nagi – chce się rzec. Tak, jak słyszeliśmy na filmach, tak samo brzmi na żywo. Koncert sam w sobie był bardzo klasycznym wydarzeniem, organizowanym wedle schematu obowiązującego w filharmonii. Żałuję jedynie, że sam Morricone ani razu nie odezwał się do publiczności i ten brak interakcji był dla mnie dużym minusem. Chciałabym usłyszeć, co sam maestro ma do powiedzenia, bo choć widziałam kilkanaście wywiadów, to usłyszeć jego przywitanie na żywo byłoby przyjemnym dopełnieniem. Komentarz jednak musiał wydawać się zbędny, ponieważ poszczególne tytuły pojawiały się na telebimach rozmieszczonych po obu stronach sceny. Muzyka nie potrzebuje komentarza – rzekliby co niektórzy. Ale to tylko jedna z teorii. Wedle innej, koncert to okazja do bardziej bezpośredniej relacji z twórcą. Zaś współczesna jego forma, to show. Morricone tą drogą nie idzie. Zamiast anegdot i neonów proponuje to, co ma do zaoferowania – ot, czystą muzykę, niezapeszoną niczyim słowem.

Ennio Morricone
60 YEARS OF MUSIC WORLD TOUR
Koncert odbył się 6 lutego, 2017 r.
w Tauron Arenie w Krakowie.

P.S. Dla tych, co czują ten sam brak – zobaczcie „powitanie” na Youtube:

Zaszufladkowano do kategorii Podróże filmowe | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz